(1)

Płomienie wysokich pochodni rozjaśniały zalany nocnym mrokiem plac. Tłum ucichł. Nagle po dziedzińcu rozniósł się brzęczący dźwięk łańcuchów. Wszyscy, bez wyjątku, skierowali wzrok w jedną stronę. Trzech strażników, dwóch po bokach i jeden z tyłu, prowadzili zakutego w kajdany pirata. Tłum rozstępował się z każdym ich krokiem bliżej podestu. Skazany patrzył pod nogi. Nie miał ochoty patrzeć na to, co znajdowało się przed nimi...
W pewnej chwili strażnicy zatrzymali się, a człowiek ze zgrozą podniósł głowę. Pochodnia oświeciła twarz pirata, którym był nie kto inny jak kapitan "Navisa", Nataniel Pazur. Strażnik pchnął go na podest. Niewysokie drewniane schodki skrzypiały pod ich każdym krokiem na górę. Gdy już tam dotarli, Nataniel stanął na środku platformy. Wciąż miał związane ręce i nawet nie próbował czegokolwiek zdziałać. Spojrzał nad głowę, na lekko huśtającą się pętlę na tle ciemnego nieba...
- Natanielu Pazur...! - zaczął wyniosły głos pierwszego oficera Jego Królewskiej Mości.




(2)

- Dla ciebie Kapitanie Natanielu Pazur... - wtrącił niezbyt głośno pirat z wyraźnym odczuciem urazy.
- ...zostałeś skazany na karę śmierci za swe nikczemne i niegodziwe posunięcia w kierunku Korony! Zarzuca ci się wielokrotne kradzieże, napady, rabunki, ucieczki z rąk władz, oraz pozbawianie wolności a także życia obywateli Państwa! Lista twych wykroczeń jest olbrzymia...
W czasie gdy Le Rauxe wygłaszał męczącą przemowę, na szyję Nataniela założono pętlę.
- ...czy skazany przyznaje się do winy?
Kapitan ściągnął brwi i spojrzał groźnie na oficera. Na to Le Rauxe dał sygnał katu. Egzekutor chwycił mocno drewniany drąg i przeciągnął go do siebie. Nataniel zacisnął oczy. Klapa pod nim otworzyła się, i zdążył poczuć tylko ostre szarpnięcie. Nagle rozległ się huk z pistoletu, którego pocisk zerwał stryczek, a kapitan upadł tuż pod nim na ziemię. Zdezorientowany tłum obrócił się raptownie i oczom im ukazała się rozstawiona grupa piratów. Jeden z nich opuścił rękę z wymierzonym pistoletem...




(3)

- Piraci! Brać ich wszystkich! - krzyknął Le Rauxe. Królewska straż zaczęła przedzierać się przez tłum, tymczasem piraci rozproszyli się po placu.
- Banda nieudaczników! Na co czekacie? Strzelajcie do nich! - oficer wyciągnął zza pasa pistolet i wziął na muszkę jednego z ludzi Pazura. Nacisnął spust, lecz chybił. Na dziedzińcu rozpętało się istne piekło. Pozostawione pochodnie wznieciły pożar, doszło do strzelaniny i walki na szable. Przerażeni ludzie zaczęli uciekać, jednak wydostanie się bez szwanku z tego obłędu graniczyło z cudem.
Kapitan nie wychodząc z pod drewnianego rusztowania usiłował rozciąć grubą pętlę, która dusiła go w szyję.
- Kapitanie! Nic panu nie jest? - usłyszał nagle za sobą głos Johna. Sznur nagle się przerwał, a Nataniel wyrzucił na bok resztki pętli.
- Nic mi nie jest. Musimy dostać się jak najszybciej na "Navisa"! Prędko! - obaj zerwali się z miejsca i wbiegli w wir bitwy. Przedzierając się przez straże, cięli szablami i trafnie strzelali do wrogów. W końcu udało im się dotrzeć do bramy.
- John, gdzie reszta?!
- Są za nami, kapitanie!
- A za nimi psy Jego Królewskiej Mości... - Pazur odwrócił się, nie przestając biec przed siebie. - ...cholera by ich!
Mówiąc to wymierzył oba pistolety. Seria pocisków powaliła trzech.
- Widać nasz statek!- Zawołał z ulgą John.




(4)

W czasie gdy grupa piratów odbijała swojego herszta, trójka pozostałych na okręcie członków załogi oczekiwała w pełnej gotowości na ich powrót. Henry zwijał liny rozrzucone po deskach pokładu, a Anna i Ormond oparci o rufę wypatrywali swoich w ciemnościach.
- Powinni już dawno tu być - powiedział Ormond, przechylając do ust butelkę rumu.
- O północy kapitan miał być stracony... dochodzi pierwsza.
- Możecie już przestać?! Jeśli jesteście tacy mądrzy, to dlaczego sami tam nie poszliście? - Anna wzburzyła się, słysząc narzekania obu marynarzy.
Henry machnął tylko ręką i udał się do zejścia pod pokład. - Dajcie sobie spokój, sterczycie tu nie wiem po co... Jak przyjdą, to przyjdą! A na razie nie widać ich ani nie słychać... - zdążył powiedzieć, gdy nagle rozległy się strzały z pistoletów i wołania kapitana:
- Henry, Ormond! Wciągajcie kotwicę! Odcumować statek!
Cała trójka wychyliła się przez burtę i ujrzała biegnący w stronę okrętu tłum. Na przedzie zobaczyli kapitana i Johna. - Nataniel! Udało im się! Prędko, róbcie co każe, ścigają ich muszkieterowie!
Piraci wbiegli na statek nie pozwalając aby psy wdarły się tuż za nimi.
- Poddajcie się w imieniu Korony!
- Chyba po twoim trupie! - rozległa się kolejna seria strzałów, która powaliła na ziemię kilku muszkieterów. "Navis" odbił bezpiecznie od brzegu, niemal z kompletną załogą. Za parę godzin na horyzoncie miało pojawić się wschodzące słońce, gdy zmordowani walką piraci udali się wreszcie na zasłużony spoczynek.
- Miałeś szczęście, że zdążyli na ostatnią chwilę...
- Tak, ale wolałbym, żeby następnym razem pomoc nie czekała, aż otworzy mi się klapa pod nogami...
Anna siedziała z kapitanem w kajucie, gdy nagle oboje usłyszeli dziwny hałas z zewnątrz.
- Poczekaj tu, pójdę sprawdzić, co się dzieje. - Pazur włożył za pas pistolet i cicho wyszedł z pomieszczenia. Szedł w niemal całkowitych ciemnościach, gdy nagle ktoś szarpnął go za ramię...




(5)

W ciemności pojawiła się para zielonych oczu, a kapitan odruchowo dobył pistoletu.
- John! Życie ci nie miłe?! Chcesz, żebym przez przypadek cię zastrzelił?!
Z mroku wyłoniła się sylwetka marynarza.
- Przepraszam kapitanie, ale w tym całym zamieszaniu na śmierć zapomnieliśmy panu o czymś powiedzieć...
Pazur schował pistolet i niepewnie spojrzał na Johna.
- O co chodzi...?
- Znaleźliśmy mapę Williama Silvera.
Kapitan patrzył na Johna jak na ostatniego idiotę.
- Żartujesz...
- Nie, naprawdę! Pergamin schowany był w jednej ze skrzyń, które przewoził do Hiszpanii wędrowny kupiec! Daliśmy mu za nią kompas i dwa mieszki srebra.
Kapitan zrozumiał teraz, że John faktycznie mówi prawdę.
- Pokaż mi ją.
Od razu udali się jeszcze niżej pokładu, do ładowni. Między beczkami z rumem i skrzyniami z przeróżnymi mniej lub bardziej drogocennymi rzeczami, stał mały kufer, do którego podeszli. Kapitan ukląkł przy nim i uchylił jego wieko. W środku znajdował się pożółkły pergamin zwinięty w rulon. Wyciągnął go i ostrożnie rozwinął na podłodze. Wtem do pomieszczenia weszła Anna i zobaczyła obu piratów ślęczących nad starym podartym pergaminem.
- Och, zapomniałam ci o niej powiedzieć! Wyciągnęliście ją już?
- Anna, przynieś świecę z mojej kajuty... pospiesz się, proszę. - powiedział kapitan, nie odrywając wzroku od mapy. - Nie mogę uwierzyć... To naprawdę ta mapa... Droga do Skarbu 12 Przeklętych Dusz...




(6)

- Przyniosłam świecę! John, otwierałeś już wcześniej ten kufer?
- Tak, ale mapy nie dotykałem... Wydaje się bardzo stara, bałem się, że może się zniszczyć.
- Jest starsza niż ci się wydaje... Anna, podejdź tu z tą świecą.
Dziewczyna postawiła świeczkę na podłodze w pewnej odległości od zwoju. - Jesteś pewien, że to właściwa mapa? - spytała patrząc na kapitana.
- Widziałem już setki kopii. Kto by pomyślał, że oryginał znajdzie się na jakimś kutrze tysiąca i jednego drobiazgu...
John schylił się bliżej mapy. - Nie znam języka, którym zapisano tu informacje... Możemy się najwyżej kierować ilustracjami, albo przynajmniej domyślać co oznaczają te bazgroły...
- To jakiś wymarły język - dopowiedziała Anna.
- W moim kufrze jest książka, która wyjaśnia symbolikę niektórych starożytnych symboli. Jest bardzo zniszczona... hmm... ale zawsze można spróbować - Pazur zaczął zwijać z powrotem mapę. - Zabiorę to do siebie. Ładownia to niezbyt odpowiednie miejsce na tak cenną rzecz...
Anna podniosła świeczkę i wszyscy troje wyszli z ładowni.
- John, załoga wie o mapie?- Zapytał kapitan, gdy szli korytarzem.
- Prócz nas trojga wie jeszcze tylko Marley i Grand... byli ze mną gdy kupowaliśmy mapę u tego handlarza.
- Dobrze, ale mimo wszystko jutro pokażemy reszcie nowy nabytek. Niech wiedzą za czym będą gonić przez następnych parę miesięcy... - dokończył kapitan i wszedł tuż za Anną do swojej kajuty, zamykając Johnowi przed nosem drzwi...




(7)

Anna otworzyła oczy i spostrzegła, że nie ma koło niej Nataniela. On tymczasem siedział przy biurku nad mapą i otwartą książką.
- Spałeś w ogóle w nocy?
- O, obudziłaś się już... - kapitan uśmiechnął się do dziewczyny, po czym podszedł do niej z jakąś kartką. - Spójrz. Udało mi się przetłumaczyć część tekstu - pokazał jej szarą karteczkę zapisaną czarnym atramentem.
- Całą noc nad tym siedziałeś? - Anna zaczęła czytać rozszyfrowaną już inskrypcję. - Nic z tego nie rozumiem. Co ma oznaczać "U szczytu miesiąca czart uchyla usta i przepuszcza zbłąkanych na drugą stronę świata."? Brzmi śmiesznie...
- Nie wiem co to znaczy, tak jest napisane z tyłu pergaminu.
- No więc mamy zagadkę do rozwiązania...
Anna wstała z łóżka i oboje podeszli do biurka na którym rozłożona była mapa.
- Ten zwój przedstawia tylko miejsce gdzie położona jest wyspa. Jak mamy tam trafić? Nie ma tu żadnych długości geograficznych, jest narysowana tylko róża wiatrów...
Mapa przedstawiała dwie wyspy, większą i mniejszą otoczone długim pasmem skał i raf. Wykropkowany również był szlak, którym należało podążać do wyspy.
- Odczytałem też niektóre nazwy obiektów. Większość słów jest jednak zamazana i nie do przeczytania.
- Jaki to język?
- Nie mam pojęcia... Marynarz, który spisywał wybrane wyrażenia do tego dziennika sam chyba też nie wiedział...
Pazur odszedł od mapy i włożył na siebie płaszcz, po czym udał się do drzwi.
- Dokąd idziesz?
- Po załogę. Musimy pokazać im ten pożółkły świstek...




(8)

Marynarze zebrali się w mesie wokół jednego ze stołów. John rozłożył na nim mapę i odsunął się, aby wszyscy mogli się jej dokładnie przyjrzeć.
- To mapa Silvera?
- Dobrze widzisz, baranie...
Kapitan usiadł na ławie pod ścianą i przysunął do siebie kufel. - Ormond, skocz do ładowni - powiedział, wpatrując się w jego puste dno.
- Kapitanie, jeśli to oryginał, to mapa zaprowadzi nas do skarbu!
- Co ty nie powiesz, Tim? Zacznijmy od tego, że ta mapa jest tak prawdziwa, że bardziej prawdziwa już być nie może. Szukaliśmy jej tyle czasu, a ona tymczasem pływała sobie w skrzynce na rozpadającej się łajbie starego handlarza. Dlatego teraz tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to właśnie nam należy się legendarny Skarb 12 Przeklętych Dusz, które Silver uwięził na Wyspie Czasu!
- Skąd taka pewność, że mapa jest prawdziwa? - spytał Ran, któremu wizja podróży w nieznane, na wyspę, której samej nazwy boją się nawet najodważniejsi piraci, specjalnie się nie podobała...
- Ponieważ mapa... - Pazur wstał od ławy - ...oryginalna mapa, wykonana przez samego Williama Silvera, zrobiona została z kory drzewa rosnącego tylko i wyłącznie na Wyspie Czasu.
Kapitan udarł skrawek mapy. - Drzewo to ma w sobie magiczną moc... - mówiąc to przystawił do niego płonącą świecę, której ogień objął zaraz jego całą powierzchnię. Pomimo tego jednak skrawek żółtego papieru wyglądał tak, jak wcześniej. Ogień nie chciał go wcale spalić. Pazur zdmuchnął płomień i rzucił nienaruszoną część mapy na stół. Marynarze zaczęli od razu jeden za drugim oglądać przedziwny papier.
- Nie przyjmuję żadnych zażaleń i nie obchodzą mnie wasze protesty względem tej wyprawy. Jeśli ktoś boi się płynąć na wyspę niech zejdzie mi z oczu pókim dobry i więcej mi się na nie nie pokazuje.
Piraci spuścili wzrok na mapę. Myśl o skarbie była nie do odepchnięcia, jednak lęk przed tajemniczą wyspą, o której słyszało się tyle przerażających historii był równie silny.
Kapitan podszedł do grupy zmieszanych marynarzy. - Henry, na ciebie mogę liczyć? - spytał starszego pirata. Ten zacisnął zęby i po dłuższej chwili przemyśleń, przytaknął tylko. - Grand? - drugi pirat również się zgodził. - Marley, Black? Milan? Ran i Tim? Płyniecie...? - spytał następnych patrząc na nich z pode łba. Oni również się zgodzili. Tak samo było i z Bonym, Ormondem, Kirsho, Lee i Christophem. Johna i Annę nawet nie pytał o zdanie.
- Stawiajcie więc żagle. Płyniemy na zachód... odnaleźć legendarny skarb Silvera.




(9)

- Nie pasują mi te symbole - Pazur głowił się nad kolejną częścią starej mapy. - To wygląda jak jakaś układanka... coś w rodzaju szyfru. Cholera, nie mam do tego cierpliwości.
Anna zastanawiała się nad przetłumaczoną już częścią. "U szczytu miesiąca czart uchyla usta i przepuszcza zbłąkanych na drugą stronę świata." Miesiąc? Czart? Druga strona świata? Co to wszystko ma znaczyć?
Nagle do kajuty wpadł Grand.
- Ile razy mam powtarzać pacanie, że przed wejściem się puka?!
- Przepraszam kapitanie, ale płynie w naszą stronę jakiś statek. John pytał, jaki obrać kurs.
- Statek? - kapitan oderwał się od pracy.
- Tak, jakaś nieduża galera.
- Dobrze, zaraz wyjdę.
Pazur wyszedł na pokład i już z daleka zobaczył płynący w ich stronę statek. Był jakieś dwa i pół razy mniejszy od "Navisa", a na maszcie powiewała oznaczona flaga. Nataniel spojrzał przez lunetę. Na zielonym tle bandery rysowały się dwa symetrycznie ułożone białe skrzydła. - Bezwąsy Clint...
- Kapitanie, zawracać czy płynąć na ten statek?! - krzyknął John, który nie wiedział co robić ze sterem.
- Płyniemy na niego! To statek tego durnia Clinta! Zabawimy się trochę... - dopowiedział sobie pod nosem, a piraci od razu odzyskali chęć życia.




(10)

Mała galera podpłynęła blisko "Navisa", i pewien czas płynęła z nim burta w burtę.
- Witam Kapitana Nataniela Pazura! Dawno się nie widzieliśmy! - zawołał, przystrojony jak bożonarodzeniowa choinka, kapitan drugiego statku.
- To, że dawno, nie zmienia faktu, iż wciąż wyglądasz i zachowujesz się tak, jak przy naszym ostatnim spotkaniu... - odparł z ironią Pazur.
- Nie rozumiem co miałeś na myśli! Znasz mnie, wiesz jaki jestem! Widzę, że załoga wciąż ta sama... Tylko o jedną perełkę więcej... - Clint ukłonił się lekko z zawadiackim uśmiechem.
- Miałeś rację. To wariat. - powiedziała cicho Anna.
- Spokojnie... dostanie zaraz lekcję... Bezwąsy! Twój statek wciąż służy ci jako pałac na wodzie?!
- Chciałeś zapytać, czy w dalszym ciągu handluję tymi drobiazgami? - odparł wyniosłym głosem Clint. Pazur przytaknął mu z uśmiechem.
- Sam zobacz... Wejdź na mój pokład i rozejrzyj się, jeśli chcesz. A nuż coś wpadnie ci w oko...
Kapitan zamienił jeszcze parę słów z Johnem, po czym sprawnie przedostał się na drugi statek.
- Co on kombinuje? - podpytywała Johna Anna. - Zobaczysz... - odparł tajemniczo marynarz.




(11)

Pazur rozsiadł się wygodnie w obitym skórą fotelu w kajucie Clinta.
- Prawie nic się tu nie zmieniło... Poza większą ilością świecących dupereli...
- Zabawne, nie widziałem cię tyle lat, a wciąż doskonale pamiętam to twoje czarne poczucie humoru...
Kapitan wstał i przeszedł się po kajucie.
- Wiesz... przez te cztery lata, w których nie musiałem oglądać twojej gęby, w moim życiu coś się zmieniło... - zaczął Pazur. Clint, zajęty słuchaniem go, w ogóle nie zauważał, że błyskotek w jego kajucie zaczyna stopniowo ubywać... Tymczasem kapitan w dalszym ciągu niewinnie "zwiedzał" pomieszczenie, w którym się znajdowali.
- ...naprawdę nie wiem, czy to, co robię jest słuszne... Chcę zejść na lepszą drogę... zacząć uczciwe życie... - mydlił dalej, gdy do rozmowy włączył się Clint.
- Wiem co czujesz. Mój przyjaciel, który też był piratem miał ten sam problem...
Nataniel udawał, że słucha handlarza, który niesamowicie potrafił wczuwać się w rozmowę. "Oglądając" kolejne rzeczy, stanął nagle jak wryty, gdy zobaczył na ścianie rycinę przedstawiającą pasmo gór niesamowicie podobne do tego na mapie Silvera. Wrzucił do kieszeni ostatnie drobiazgi.
- ...zawsze mówiłem mu "skończ z tym"...
- Clint?
- ...ale on nigdy nie chciał mnie słuchać...
- Clint!
- ...aż wreszcie sprawiedliwości stało się zadość i skończył tak jak jego ojciec, na...
- Clint! Mówię do ciebie!
- A... aha, tak...?
- Co to za miejsce? - Pazur wskazał na rycinę.
- A, takie tam... Czarcie Szczyty. Kiedyś uważano, że wyznaczają granicę Świata. Absolutne bujdy. Jakiś tydzień drogi na północ przy sprzyjających wiatrach... No, ale wróćmy do tematu. A więc, tak jak już ci mówiłem... eee... Pazur? Gdzie on się podział...?




(12)

- Pomyślnych wiatrów, Clint!
- Oddawaj moje klejnoty! Nienawidzę cię!
- Tak, tak... I zapuść wreszcie wąsy, bo wyglądasz, jakby myszy cię obskubały...
- Jeszcze tego by brakowało, żebym upodobnił się do ciebie! Jeszcze tego pożałujesz! - krzyczał dalej Clint, a załoga "Navisa" skręcała się ze śmiechu. Tymczasem ich okręt był już daleko od jego małego stateczku.
- Co ty mi możesz zrobić... - Nataniel zszedł po drabince z masztu i od razu dopadli do niego marynarze.
- Macie, rozdzielcie to między sobą... - powiedział, wyciągając z kieszeni pełną garść drogocennych kamieni i monet.
- John, podejdź tu...
- Tak, kapitanie?
- Obierz kurs na północ. Trzymamy go przez 7 dni... Zdaje się, że zaczynamy pomału rozwiązywać zagadkę Silvera... - skończył mówić i oddalił się udając, że nie słyszy kłótni swoich marynarzy o jak najlepszą część łupu. Zszedł pod pokład do swojej kajuty, gdzie czekała już na niego Anna.
- Mam coś dla ciebie - powiedział i wyjął zza pasa złotą bransoletę wysadzaną małymi diamencikami.
- O Boże... jest naprawdę wspaniała... Dziękuję. - dziewczynie aż odebrało mowę. Od razu założyła ją na rękę i przed dłuższą chwilę dokładnie ją oglądała. Pazur usiadł do biurka i rzucił okiem na mapę.
- Na statku Clinta była rycina, która przedstawiała to samo pasmo gór.
- Co ty mówisz?
- Płyniemy na północ. Jeśli Clint mówił prawdę, to dotrzemy tam za jakiś tydzień. Góry noszą nazwę "Czarcie Szczyty", nie wydaje ci się to znajome?
Anna bez zastanowienia wzięła do reki karteczkę z przetłumaczonym napisem. "U szczytu miesiąca czart uchyla usta i przepuszcza zbłąkanych na drugą stronę świata."...




(13)

"Navis" płynął na północ od dwóch dni. Podróż przebiegała spokojnie, pomimo małej zmiany pogody. Cały dzień padało, dlatego też piraci zmieniali się co jakiś czas przy sterze.
- Twoja kolej, Grand - powiedział John od razu przy wejściu do mesy, gdzie siedzieli wszyscy marynarze. - Przemokłem do suchej nitki... Ormond, nalej mi też trochę rumu.
Grand założył tylko płaszcz i od razu udał się do wyjścia.
- Tylko nie wypijcie wszystkiego! Dla mnie też ma zostać!
- Dla ciebie to by trzeba było przynieść z ładowni osobną beczkę! - skomentował Ormond, a reszta zaczęła się śmiać.
- Anna, zatańcz nam coś!- Zaproponował Marley. Dziewczyna uśmiechnęła się i postawiła na stół tacę z kuflami.
- Nie umiem tańczyć...
- Ooo, nie opowiadaj! Pracowałaś w karczmie, na pewno potrafisz!
- Kiedy ja naprawdę nie umiem. W Calico obsługiwałam tylko gości...
- Anna, prosimy cię! Dasz sobie radę!
Kotka poszła wreszcie na ugodę. Ran zagrał jej skoczną melodię na harmonijce, a w mesie od razu zrobiło się raźniej. Nikt nawet nie zauważył, że statkiem coraz bardziej kołysze. W pewnym momencie jedna z lamp powieszonych pod sufitem spadła na ławę i omal jej nie podpaliła. Anna i Ormond przewrócili się na ścianę, a tuż po nich cała reszta. Ławy i krzesła zaczęły jeździć po kołyszącej się mesie. Nagle do środka wpadł kapitan.
- Wszyscy natychmiast na pokład! Trzeba zabezpieczyć ładunek, idzie sztorm!
Piraci przewracając się i potykając jeden o drugiego, wydostali się na zewnątrz. Anna wpadła na Nataniela.
- Idź do mojej kajuty i pod żadnym pozorem nie wychodź na zewnątrz! - nakazał kapitan i wybiegł na pokład. Anna pobiegła szybko do kajuty i zamknęła się na haczyk.




(14)

Piraci biegali po pokładzie, wnosząc do środka wszystko, co mogło zabrać im morze.
- Przednie żagle staw! Prawa na burt! - krzyczał kapitan. Przez pokład przelewały się fale, a sternik z trudem utrzymywał koło.
- Musimy trzymać kurs! John, Grand, nie puszczajcie steru!
- Kapitanie, lina się urwała! Nie mogę zejść! - Pazur podniósł głowę i zobaczył Tima, który wciąż siedział w bocianim gnieździe. Pazur wbiegł na mostek, a z niego na drabinkę. Chwilę potem był już w połowie masztu.
- Tim, skacz!
Mały majtek z wahaniem przeskoczył barykadę. Nataniel przegiął się do tyłu i złapał Tima za ręce. Chłopak chwycił się liny i zaczął schodzić w dół. Tymczasem sztorm rozszalał się na dobre. Statek kłaniał się przed falami, a załogę zmyło na sterburtę.
- Podnosić się i łapać za liny! Nie możemy stracić masztu!
Marynarze przedzierając się przez zalany pokład chwytali za liny i przywiązywali je na haki. Przeszła kolejna fala i statkiem ponownie zawróciło.
- Mam tego dość! - krzyczał John, który nie dawał już sobie rady z utrzymaniem steru. - Niech to się wreszcie skończy! Nagle morze się uspokoiło. Z sekundy na sekundę ciemne chmury zniknęły i wiatr ustał. Załoga nie wierzyła własnym oczom.
- Ty... jak ty żeś to zrobił? - Grand z przerażeniem spojrzał na Johna. Ten w równym szoku rozglądał się po niebie.
- Kapitanie, co to było?
- Już kiedyś widziałem coś podobnego... Nie warto w to wnikać. W każdym razie nie była to ingerencja natury... - odparł Pazur i podniósł z mokrych desek pokładu kapelusz. - Płyniemy dalej... niech wiedzą, że nic nas nie powstrzyma.




(15)

- Jaki dziś jest dzień?
- Dwudziesty dziewiąty sierpnia.
- A do kiedy starczy nam pożywienia?
- Mamy zapas na jakieś... cztery dni.
- Świetnie. Czyli w drodze powrotnej będziemy głodować...
Grand martwił się, że jedzenia może nie starczyć dla wszystkich. Był odpowiedzialny za podział żywności na statku.
- Może natrafimy na jakąś wyspę, gdzie będzie można zebrać trochę jedzenia - pocieszał go Ormond, lecz na niewiele to się zdało.
Pazur stał przy sterze i ani przez chwilę nie przestawał myśleć o zagadce Silvera.
- Kapitanie, nie starczy nam pożywienia!
- "U szczytu miesiąca..."... Co?! Jak to nie starczy? - wyrwał go z zamyślenia głos Granda.
- Musimy się jakoś ograniczyć. Zapasy mamy tylko na cztery dni!
- Więc podziel je tak, żeby starczyło... Miesiąc... szczyt miesiąca...
Grand wzruszył ramionami i odszedł do ładowni. Tuż po nim Nataniel usłyszał kolejne wołanie, tym razem był to głos Tima.
- Ziemia na horyzoncie!
Pazur puścił ster i zjechał po linie niżej, na pokład. Szybko dobył lunety i spojrzał przez nią. Daleko przed nimi rysowało się pasmo gór, które było niczym innym jak Czarcimi Szczytami. Załoga zbiegła się na dziobie statku, a kapitan pobiegł tymczasem po Annę.
- Nataniel, co się stało? - kapitan wpadł na nią już w korytarzu.
- Widać już Czarcie Szczyty. Jutro o zmierzchu powinniśmy dopłynąć.




(16)

Okręt Pazura dopływał już do pasma złowieszczych gór. Było już zupełnie ciemno, dlatego też marynarze zapalili na statku lampy.
- Co jeśli nie uda nam się odnaleźć skarbu? Cała wyprawa pójdzie na marne...
Anna wpatrywała się w witrażowe okienko w ich kajucie.
- Spokojnie... znajdziemy skarb - kapitan leżał tymczasem na łóżku i obracał w ręku busolę pokładową.
- Jesteś dzisiaj jakiś dziwnie spokojny... piłeś w ogóle coś?
- Nie piłem. Podejdź tu - Pazur odłożył na bok busolę, a dziewczyna położyła się obok niego na łóżku.
- Jak już znajdziemy skarb, to będziesz mogła wziąć z niego to, co tylko będzie ci się podobało. Nawet wszystko, wystarczy, że mi powiesz...
- Nie chcę skarbu - oznajmiła po chwili. - Wystarczy, że mam ciebie... - dokończyła i wpiła się w jego usta.
Tymczasem marynarze zwinęli żagle, bo "Navis" dopływał już do celu. Henry i John stali na dziobie zaopatrzeni w lampy.
- Clint coś chyba źle obliczył...
- Myślisz?
- Powiedział, że siedem dni, my tymczasem dopłynęliśmy w pięć.
- No, masz rację... Myślisz, że znajdziemy ten skarb?
- Nie wiem... Musimy być w każdym razie dobrej myśli.
- Znaczy się takiej, że go znajdziemy...?
- Nie. Takiej, że przeżyjemy tę cholerną podróż! Na co się tak gapisz...? - John zauważył, że Henry nagle bardzo pobladł.
- S... spójrz...! - Marynarz wskazał przed nich na zbocze skalistych gór.
- Boże...




(17)

- Kapitanie! - Grand wpadł do kajuty Pazura.
- Grand, do jasnej cholery, puka się!
Anna odepchnęła raptownie Nataniela i zerwała się z łóżka, a ten omal z niego nie spadł.
- Czego chcesz idioto? W porcie cię matka wychowała, żeś drzwi w domu nie miał?! - Przepraszam kapitanie, ale powinien pan coś zobaczyć... - powiedział i jeszcze raz przepraszając wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
- Niech jeszcze raz wejdzie bez pukania, to już ja się postaram, żeby następnym razem nie miał czym zapukać... - powiedział Pazur, zapinając szybko guziki od kamizeli.
- Daj spokój, to było nawet zabawne... - uśmiechnęła się Anna i wyszła na pokład.
Marynarze spuścili kotwicę i czekali na kapitana.
- Co takiego pilnego muszę natychmiast zoba... Boże!
Pazur wyszedł spod pokładu i od razu z przerażeniem ujrzał kształt wyrzeźbiony w skałach. Na kilkadziesiąt metrów wysokości i szerokości rysowała się przed nimi twarz. Właściwie trudno to było nazwać twarzą, bardziej czaszką. Czaszką z rogami...
- Teraz już chyba wiem, czemu te góry zawdzięczają swą nazwę... - powiedział John. Dopłynęliśmy do Czarcich Szczytów - zwrócił się do kapitana. - Ale co dalej?
- Co dalej... okaże się jutro...




(18)

- Skąd masz pewność, że właśnie o to chodziło Silverowi?
- Nie mam żadnej pewności! Ale musimy spróbować - John, Anna i kapitan rozmawiali w mesie.
- Zastanówcie się: "U szczytu miesiąca czart uchyla usta i przepuszcza zbłąkanych na drugą stronę świata.". Ta twarz w skale wszystko wyjaśnia! To właśnie jest czart, który przepuści nas na drugą stronę, do miejsca, które nakreślił na mapie Silver.
John i Anna z uwagą słuchali kapitana.
- No dobrze, ale o co chodzi z tym "miesiącem"? - spytał John.
- Może... - zaczęła Anna - ...który dziś jest dzień?
- Trzydziesty sierpnia. - odparł Nataniel i popił rumu.
- Jutro ostatni dzień miesiąca.
Kapitan prawie się zakrztusił gdy to usłyszał.
- "U szczytu miesiąca..."... kapitanie, ona ma rację! Szczyt miesiąca to jutrzejszy dzień!
- Tak, miejmy nadzieję, że staremu Williamowi właśnie o to chodziło... Cóż, zobaczymy, co przyniesie ten jutrzejszy dzień...




(19)

Było już późne popołudnie trzydziestego pierwszego sierpnia, a "Navis" wciąż tkwił w zatoczce przy Czarcich Szczytach.
- Za dnia to miejsce wydaje się znacznie przyjaźniejsze.
- Też mi się tak wydaje... Kapitan długo już tu tak siedzi? - spytał Marley, patrząc na kapitana siedzącego na burcie.
- Od samego rana.
-Na co właściwie czeka? - Wydaje mi się, że on sam nie wie... - odparł Lee i zaczął wchodzić po drabince na maszt.
Pazur obracał w ręce stary kompas i patrzył bez przerwy na wyrytą w skałach czaszkę.
- Długo będziesz tu tak siedział?
- A co mam innego robić? Nic mi innego nie pozostało... tylko czekać.
Anna oparła się o burtę.
- Nie mieliśmy chyba racji... Silverowi nie chodziło o ostatni dzień miesiąca...
- Więc o co innego mogło mu chodzić?
- Nie wiem.
Pazur patrzył jeszcze przez chwilę na góry, po czym zeskoczył z burty i ze spuszczoną głową udał się w stronę schodków pod pokład. Niebo zrobiło się czerwone od zachodzącego słońca i wydawało się, że dzisiejszy dzień przesądził o powodzeniu wyprawy...
- Christoph, przynieś mi długą linę! Ta od grotmasztu jest przetarta, trzeba ją wymienić! Christoph! Przestań się gapić na tą mordę w skałach i rób, o co cię proszę!
- Tak, już ci niosę tę linę!... Chyba za długo byłem na słońcu... Przysiągłbym, że jeszcze wczoraj o zmroku ten czart nie miał górnych zębów...




(20)

Anna weszła do kajuty, gdzie siedział kapitan.
- Nie przejmuj się tak tym skarbem... Są cenniejsze rzeczy...
Nataniel nic nie odpowiedział. Patrzył w okno i zastanawiał się nad czymś.
- Słuchasz mnie?
- Powiedz... powiedz załodze, że jutro o wschodzie słońca odpływamy. Niech odpoczną jeszcze przez noc... niepotrzebnie tu w ogóle płynęliśmy...
Zmartwiona dziewczyna odeszła w stronę drzwi.
- Anna...
- Tak?
- ...i powiedz Henry'emu, żeby nie zapalali na dzisiejszą noc lamp. Dzisiaj pełnia, będzie jasno, a świece trzeba oszczędzać.
Kotka wyszła z pomieszczenia i przekazała marynarzom słowa kapitana.
Dochodziła północ. Piraci spali kamiennym snem w swoich legowiskach, gdy o statek uderzyła fala. Pazur zbudził się i wstał z łóżka. Zaspany wyszedł z kajuty i drewnianymi schodkami wydostał się na zewnątrz. Na pokładzie nic się nie działo. Było cicho i spokojnie. Przechylił się przez burtę, aby zobaczyć czy nie nadciągają kolejne fale, gdy nagle doznał szoku...
Spojrzał na głowę czarta. W skale ukazało się sporych rozmiarów przejście, a przejściem tym były jego otwarte usta.
- Ale jak... jakim cudem?!
Kapitan spojrzał na niebo. Na samym środku widniał idealnie okrągły księżyc.
- Miesiąc... miesiąc w znaczeniu księżyc, a nie data... "U szczytu miesiąca"... ostatnia kwadra księżyca... czyli pełnia. A pełnia to odpływ! Potrzebny był odpływ, abyśmy mogli zobaczyć przejście!
Pazur zbiegł pod pokład do kajuty, w której spali piraci. Strzelił w sufit z pistoletu i od razu wszyscy się zbudzili.
- Kapitanie, oszalał pan?!
- Wstawać durnie! Czart otworzył nam przejście! Płyniemy na drugą stronę po Skarb 12 Przeklętych Dusz! Chcę zaraz widzieć wszystkich na pokładzie!

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ




(21)

Statek Pazura ostrożnie wpłynął między skały i przedostał się na drugą stronę Czarcich Szczytów. Piraci pozostali na pokładzie. Sen w mgnieniu oka zmył im się z powiek i każdy chciał teraz choć przez chwilę postać przy sterze i poprowadzić statek po wodach, na których od setek lat nie pływał żaden okręt. Kapitan stał na dziobie i z niepokojem przyglądał się trzymanemu w ręce kompasowi. Anna po dłuższej chwili obserwacji zdecydowała się podejść bliżej i wypytać go o co chodzi.
- Znów masz taką minę...
- Znaczy się jaką? - spytał krótko Pazur nie odrywając wzroku od kompasu.
- Niespokojną. Czuję lęk w twoich oczach.
- Przecież w nie nie patrzysz - odparł oschło kapitan.
- Nie muszę patrzeć ci w oczy, aby wiedzieć co się w nich odbija...
Po tych słowach Nataniel spojrzał ukradkiem na dziewczynę. Kolejny raz go zadziwiła. Momentami wydawało się, jakby wiedziała o nim wszystko. Znała każdą jego najmroczniejszą tajemnicę i każdy szczegół z jego życia. A znali się przecież zaledwie dwa lata.
- Nataniel, o co chodzi?
Kapitan w odpowiedzi podał jej kompas. Dziewczyna nie wiedząc o co mu chodzi, niepewnie wzięła do ręki małe, srebrno-czarne urządzenie i podniosła je bliżej oczu. Igła magnetyczna po prostu oszalała. Kompas nie potrafił pokazać kierunku, w którym płynęli.
- Jest zepsuty?
- Wątpię... To bardziej przez to miejsce - Pazur puścił się burty i zszedł z podestu niżej na pokład.




(22)

Kiedy przechodził koło masztu coś nagle uderzyło go w głowę, tak że zrzuciło mu kapelusz.
- Co do...! - chciał zakląć i obrócił się raptownie. W tej samej chwili tuż koło niego wylądował Tim. Wstał szybko i podał kapitanowi nakrycie głowy.
- Przepraszam, kapitanie, ale z pośpiechu zszedłem nie tą drabinką. Do tej jeszcze nie dosięgam i tak jakoś wyszło... - zaczął się usprawiedliwiać młody majtek, jednak kapitan mu przerwał.
- Dlaczego wyszedłeś z gniazda? O ile pamiętam miałeś tam zostać i informować w razie czego o niebezpieczeństwie. Zdajesz sobie sprawę, że możemy nadziać się teraz na skały?
- Aye, kapitanie, ale właśnie w tym problem. Wpływamy w mgłę i z góry i tak nic nie widać! Ledwo mogłem dostrzec maszt, nie wspominając już o pokładzie. Właśnie dlatego pomyliłem drabinki i na pana wpadłem. Nie widziałem nic!
Kapitan zmarszczył brwi i odwrócił wzrok w stronę dziobu.
- Mgła? Nie zapowiadało się wcale na mgłę... - powiedział jakby sam do siebie, po czym ruszył w stronę steru. - John, zaraz wpłyniemy we mgłę! Trzymaj ster!
- Aye, kapitanie! - marynarz złapał mocniej za ster, jak nakazał mu kapitan. Tymczasem dziób statku zaczął powoli zanikać w mlecznobiałych oparach. Zniknęły również żagle i część masztu. Już po chwili cały statek spowiła gęsta, biała mgła, a piraci, nie widząc się nawzajem i nie widząc rzeczy torujących im drogę, zaczęli się potykać i przewracać jeden o drugiego.
- Uspokójcie się, do jasnej cholery! - warknął kapitan, który dość miał już wysłuchiwania pojękiwań i wywracanych do góry nogami beczek. - Zejdźcie wszyscy pod pokład! Tylko ostrożnie, nie pozabijajcie się po drodze!
Piraci udali się pod pokład, tak jak kazał im kapitan. Oczywiście nie obeszło się po drodze bez paru kolizji i masy siniaków...
Minęło sporo czasu. Wszyscy rozeszli się już do własnych zajęć, gdy ni stąd, ni zowąd statek nagle się zatrzymał. Jak dotąd, cały czas bez przerwy płynął, a teraz stał i niewiadoma była przyczyna tej nieplanowanej zmiany. Kapitan rąbnął pustym już kuflem o blat biurka i wściekły wyparował z kajuty. Drzwi omal nie wyleciały z zawiasów.
- John, dlaczego stoimy?! Co się, do stu diabłów, znów stało?!
- Nie mam pojęcia, kapitanie! Tym razem to naprawdę nie moja wina!
Nagle rozległ się przeraźliwy wrzask, a kapitana i Johna aż zmroziło.




(23)

Nataniel i John wbiegli do mesy, skąd dochodziły krzyki.
- Na Boga! - wrzasnął sternik, gdy otworzyli drzwi. Żywe trupy to najtrafniejsze określenie tego, co tam zobaczyli. Cztery zasyfiałe, rozkładające się już właściwie stworzenia, atakowały Annę, Henry'ego i Christopha. Były to szkielety marynarzy, którzy zginęli na tych wodach w poszukiwaniu Skarbu Silvera.
Henry i Christoph bronili się przed nimi jak umieli, jednak żywe, obleśne szczątki zdawały się być od nich silniejsze. Anna również, pomimo małego doświadczenia w walce,stawiała opór kreaturom. Nataniel dobył szabli i rzucił się od tyłu na napastników. John poszedł bez zastanowienia w jego ślady. Parę cięć szablą nie załatwiło sprawy. Pomimo przewagi liczebnej, piraci nie mogli dać sobie rady z intruzami.
Nataniel walczył zawzięcie na dwa ognie, uderzając to w jednego, to w drugiego umarlaka. Unikał wszystkich pchnięć w jego stronę i odparowywał ataki. W końcu jednak nie zdążył umknąć przed szablą i ostrze drasnęło mu ramię. Wściekły kapitan zamachnął się i jednym ruchem oddzielił czaszkę poczwary od jej odrażającego cielska. Łeb potoczył się po podłodze, a cały szkielet runął i rozsypał się w części.
- W kark! Walcie w kark! - zdążył wrzasnąć kapitan, gdy dopadł do niego kolejny szkielet. Z tym jednak rozprawił się znacznie szybciej. Już po paru chwilach po podłodze walała się kupa cuchnących gnatów z gdzieniegdzie widocznymi jeszcze resztkami skóry.
- Nat! Boże, co to było?! - Anna wtuliła się w kapitana i kurczowo chwyciła jego płaszcza. Ten syknął tylko, gdy rękaw przetarł się o świeżą ranę.
- Najwyraźniej kolejna niespodzianka Silvera... - odparł z kwaśną miną i przycisnął ręką krwawą plamę na ramieniu. - John, Henry, Christoph, wszyscy cali?
- Można tak powiedzieć, kapitanie... - odparł Henry, trzymając w ręce odciętą część swojego ogona.
Pazur spojrzał na niego pobłażliwie.
- Cóż, ciesz się, że to nie coś innego...
John wyjrzał za drzwi i oznajmił reszcie, że na korytarzu nikogo nie ma. Piątka piratów wyszła z mesy i bez pośpiechu udała się na zewnątrz pokładu.




(24)

Nataniel uchylił klapę od wyjścia i rozejrzał się po pokładzie. Mgła wciąż unosiła się nad nim i znacznie ograniczała widoczność. Kapitan zmrużył oczy i ponownie się rozglądając otworzył całkowicie przejście.
- Sakiewka mi spadła - powiedział półgłosem Christoph, który miał wyjść jako ostatni.
- To podnieś ją, durniu! - odparł mu niezbyt uprzejmie Henry i wyszedł tuż za Anną na zewnątrz, pozostawiając marynarza samego pod pokładem.
Kapitan przeszedł się na oślep po pokładzie, sprawdzając czy wszystko jest w porządku.
- Jest tu kto?! - zawołał John w nadziei, że odpowie mu któryś z kamratów. Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał głos Lee i Granda błądzących po pokładzie. Tymczasem Christoph znalazł swoją sakiewkę i wdrapał się po schodkach na górę. Gdy wyjście było już na wysokości jego oczu, prawie nie zemdlał ze strachu. Tuż przy deskach pokładu, gdzie nie było jeszcze mgły, zobaczył przemieszczające się powoli pary schodzonego obuwia, z których wystawały obdarte ze skóry piszczele. Christoph bez najmniejszego zastanowienia wydarł się na całe gardło.
- Uciekajcie! Te poczwary są na pokładzie!
Piraci zaczęli się raptownie rozglądać. Wszyscy odruchowo chwycili za rękojeści szabli i niespokojnie wysłuchiwali każdego odgłosu.
- Christoph, to miał być twój kolejny, głupi żart?! - zawołał po dłuższej chwili John i w tym momencie poczuł silne uderzenie w plecy. Z mgły wyłoniła się szkarada, która powaliła go, waląc z całej siły deską.




(25)

- John! - zdążyła krzyknąć Anna, gdy marynarze dostrzegli inne sunące we mgle cienie. Marynarz podniósł się z jękiem i cisnął w napastnika szablą. Upiorów było dziesięć czy nawet piętnaście. Rozpoczęła się walka o statek, a przede wszystkim o życie. Wszyscy piraci sięgnęli po broń i bez wytchnienia atakowali intruzów, którzy ośmielili się wkroczyć na pokład "Navisa". Nagle statkiem ostro szarpnęło i znów dało się odczuć, że płyną. Nataniel uderzał szablą niemal że na oślep, nie widział bowiem dokładnie napastnika przez wciąż gęstą mgłę. Walczył zawzięcie, gdy nagle upiór wybił mu z ręki broń.
- Jasna cholera! - zaklął i zaczął się szybko cofać. Nie było żadnych szans na odnalezienie w takich okolicznościach upuszczonej broni. Pazurowi nie pozostało więc nic innego, jak tylko ucieczka. Puścił się wzdłuż pokładu i zdążył się tylko upewnić, czy Anna jest cała. Monstrum biegło za nim krok w krok, wciąż wymachując mieczem. Ten jednak nie poddawał się i klął tylko w duchu, że nie zabrał z kajuty pistoletów. Po chwili jednak i tak uświadomił sobie, że skończyły mu się naboje...
Statek płynął z zawrotną szybkością, co dało się odczuć, stojąc na pokładzie. "Navis" nie był normalnie w stanie płynąć w takim tempie, nawet przy silnym wietrze. Co prawda, był to jeden z najszybszych pirackich okrętów, jednak wszystko ma swoje granice!
Pazur biegł wciąż przed siebie, wywracając za sobą beczki i skrzynie, aby zablokować drogę upiorowi. Wreszcie dobiegł do końca pokładu i, nie widząc innego wyjścia, wskoczył na burtę. Jedna z desek była obluzowana, bez zastanowienia oberwał więc ją i podniósł nad głowę chcąc uderzyć w goniącą go maszkarę. Nagle statkiem szarpnęło z kilkakrotnie większą mocą niż wcześniej. Stało się, okręt uderzył w coś. Rozległ się huk i ciężki odgłos łamanego masztu, a tuż po nim jeden, wielki, zmieszany wrzask załogi...




(26)

Minęło sporo czasu, gdy Pazur znów otworzył oczy. Było oślepiająco jasno i jedyną rzeczą, z której zdawał sobie na razie sprawę, było to, że leży tuż przy wodzie. Zamknął oczy, dopiero teraz poczuł ostry ból przeszywający jego ciało. Zacisnął pięść na mokrym piasku i syknął przez zęby. Z trudem podniósł głowę i dźwignął się na łokciu. Obraz wciąż mu się jeszcze rozmazywał, lecz dostrzegł porozrzucane po plaży połamane deski i inne części statku. Pierwsze co przyszło mu na myśl to to, że się rozbili, i niestety były to słuszne podejrzenia...
Z niedowierzaniem przetarł rękawem twarz. Upaćkał go jednak tylko krwią. Po chwili odpoczynku podjął szybką próbę wstania. Przewrócił się na plecy i dźwignął. W odległości kilkudziesięciu metrów od miejsca gdzie się znajdował, ujrzał "Navisa"... roztrzaskanego o skały. Nie wiadomo, co bardziej go załamało. Widok rozbitego statku, czy ból rozerwanego biodra i licznych ran na całym ciele. Pazur rozdarł z boku koszulę i spojrzał na ranę. Pomimo tego, że był twardy i widział w swoim życiu nieraz gorsze rzeczy (np. kiedy komuś kula armatnia oberwała nogę, albo ktoś komuś obciął szablą łeb), na widok głębokiego rozcięcia we własnym ciele zrobiło mu się niedobrze. Teraz jednak najważniejsze było zupełnie co innego. Załoga...




(27)

Nataniel chcąc nie chcąc wstał i zataczając się ruszył wzdłuż plaży, wodząc wzrokiem po piaszczystej okolicy.
- John... wszystko w porządku? - zawołał, widząc już z daleka dochodzącego do siebie sternika. Pirat siedział na piasku i wylewał wodę z buta.
- Tak, kapitanie! To tylko parę rozcięć i siniaków, da się przeżyć... - i tu przerwał, gdy odwrócił się i spojrzał na kapitana. - ...ale z panem widzę nie najlepiej.
Marynarz zdążył tylko rzucić na niego okiem. Płaszcz Pazura był niemal cały usmarowany krwią. Na twarzy dwa rozcięcia, jedno na ramieniu i paskudna rana w boku, do której przycisnął rękę. Krew jednak sączyła mu się przez palce.
- ...da się przeżyć - odparł szybko kapitan i nie zatrzymując się wszedł po kolana do morza. Wyciągnął z wody Tima, który zaraz odkrztusił połkniętą wodę i już o własnych siłach dotarł do brzegu.
- John... trzeba im pomóc. Trzeba wyciągnąć tamtych z wody... - powiedział, ściszając z bólu głos i wszedł głębiej, między przybrzeżne skały. John wstał i ruszył tuż za nim, pomagając po drodze innym marynarzom wydostać się na brzeg.
- Nataniel! - Kapitan usłyszał nagle za sobą kobiecy głos.
- Ana...? - zdążył się tylko obrócić, gdy kotka była już w jego ramionach.
- Tak się bałam! Nie mogłam cię znaleźć! Szukałam wszędzie, nigdzie cię nie było... Myślałam, myślałam że...! - dziewczyna zaczęła płakać, a kapitan przytulił ją mocno do siebie i uspokoił.
Po pewnym czasie wszyscy odszukali się na plaży przy rozbitym "Navisie". Kapitan już ledwo szedł.
- Całe szczęście, że statek się nie przewrócił. Da się go naprawić. Nie ma większych szkód - powiedział John.
Nataniel nagle zasłabł i osunął się na kolana.
- Kapitanie!
- Nie...dobrze mi... - wyjąkał zachrypniętym głosem, po czym kaszlnął krwią. John i Marley od razu złapali go pod ramiona i podnieśli. Zaraz przerzucili jego ręce na swoje barki i powoli zaprowadzili go na statek, do jego kajuty.




(28)

Kapitan leżał na łóżku, wpół rozebrany bez płaszcza i koszuli.
- Ma gorączkę - powiedziała Ana przykładając swoją dłoń do jego czoła. W pewnej chwili Nataniel odzyskał przytomność. Lekko otworzył oczy i odwrócił na bok głowę. Ran tymczasem dalej zszywał mu paskudną ranę w boku.
- Zalałeś...? - spytał w gorączce kapitan.
- Tak, kapitanie. Odkaziłem, zanim zacząłem zszywać. - odparł Ran, nie przerywając pracy. Po tych słowach Pazur, już nieco spokojniej, ułożył głowę na posłaniu i starał się nie ruszać. Anna wyszła odetchnąć trochę na zewnątrz. Była już zmęczona tym wszystkim. Nie miała czasu nawet na chwilę snu, odkąd wpłynęli do zatoki Czarcich Szczytów. Życie pełne przygód - tego zawsze pragnęła i tego właśnie oczekiwała od morza. Wyrwać się wreszcie z obskurnej portowej tawerny i ruszyć w świat na pokładzie pirackiego okrętu, gdzie wszyscy mają gdzieś zasady! Teraz jednak zatęskniła do swojej małej izby w miasteczku i znienawidzonego zawodu kelnerki w Calicos. Przez chwilę nawet przeszła ją myśl, że może lepiej byłoby, gdyby wtedy kapitan jej nie zauważył? Gdyby tamten pijak nie podwalał się do niej, a Nataniel nie skwasił mu tej wrednej mordy. Nie byłoby afery i nikt nawet nie zauważyłby, że w tawernie siedzi najbardziej poszukiwany pirat, za którego schwytanie bądź zabicie król wyznaczył milion złotych monet. Ale nie... ten stary kundel musiał krzyknąć na głos, że to Pazur i jeśli go zabiją, król obsypie ich złotem i klejnotami! Może mogła wtedy zostać w środku, gdy kapitan wybiegł z tawerny a za nim puścili się wszyscy ci, którzy pragnęli jego śmierci? Może nikt nie musiałby mu wtedy pomóc się ukryć przed bandą krwiożerczych egoistów? A może... może po prostu tak miało być...? Anna szybko rozwiała męczące myśli i pierwszy raz "chlapnęła" sobie rumu prosto z butelki.
- Tak... jednak tak właśnie miało być... - pomyślała tylko i popiła z uśmiechem drugi raz, wycierając przed tym usta rękawem.




(29)

W tym samym czasie Ran kończył już szycie i zostało mu tylko założenie opatrunku.
- Jeszcze chwila, kapitanie. Już kończę - powiedział, wbijając kolejny raz igłę.
- Rum... - wydusił z zaciśniętymi zębami kapitan i rzucił koło biurka kolejną opróżnioną butelkę.
- Graaand!
- Taaa?
- Przynieś jeszcze jedną!
- Już się robi... - usłyszeli obaj w odpowiedzi. Marynarz podniósł się (w czasie zabiegu cały czas klęczał na jednym kolanie i pewne części ciała trochę mu ścierpły...), po czym umył ręce w drewnianym cebrzyku. Woda zabarwiła się na czerwono.
- Przyniosłem flaszkę! - do kajuty wpadł Grand z pełną butelką trunku. Oczywiście nie zapukał...
- Ciesz się, że leżę, bo miałbyś ją już roztłuczoną na łbie...
Grand dla własnego bezpieczeństwa podał butelkę Ranowi i szybko wycofał się z pomieszczenia...
Dochodziła północ, gdy na "Navisie" wreszcie zrobiło się cicho. Wrzaski i rozmowy umilkły, a piraci udali się na swoje koje, aby solidnie wyspać się przed jutrzejszym, pełnym pracy dniem. Nataniel leżał w swoim łóżku i rozmyślał o wszystkim, co zaszło przez ostatnie parę dni. Księżyc nieśmiało zaglądał przez witrażowe okienko w jego kajucie i puszczał cienką wiązkę światła na biurko, na którym leżała zwinięta w rulon mapa. Kapitan niechętnie na nią spojrzał. Do tej pory była jedynie źródłem kłopotów. Przez następne pięć minut próbował zasnąć, jednak długo wyczekiwany czas ciszy na statku, który można było poczuć tylko w nocy, zakłócały myśli o Annie. Nie pozwalały kapitanowi spokojnie zasnąć tym bardziej, że dziewczyny nie było tuż obok, a on sam nie wiedział, gdzie się ona teraz podziewa. Mogła być na pokładzie, spacerować po nieznanej plaży, albo grać z Timem w karty.




(30)

Po krótkim czasie Nataniel zdecydował się wstać i poszukać kotki, zanim jeszcze nie zrobi się zupełnie ciemno. Siadanie na łóżku po raz pierwszy sprawiło mu tyle kłopotu. Gdy w końcu udało mu się wygramolić z koi, wciągnął na zabandażowane ciało płócienną koszulę i z założył buty. Jako-tako ubrany, pokuśtykał do drzwi. W długim, podpokładowym korytarzu było dużo ciemniej niż w kajucie. Nie było tu ani jednego okna, minimum światła dawała jedynie lampa powieszona przy schodkach do wyjścia na pokład. Kapitan szedł w kierunku kajuty dla marynarzy, gdy po drodze minął mesę. Drzwi były akurat uchylone, więc zajrzał do środka. Anna siedziała przy stole tyłem do wejścia. Kapitan pchnął lekko drzwi i dopiero teraz zobaczył przy butach dziewczyny dwie opróżnione butelki po rumie. Z lekkim niedowierzaniem podszedł bliżej.
- Ana...?
Dziewczyna tymczasem spała smacznie z głową na stole. Teraz nic nie dałoby rady jej obudzić.
- Wypiła dwie... - zaczął kapitan, gdy z ręki Anny wyślizgnęła się i spadła na podłogę jeszcze jedna flaszka. - ...trzy butelki...?
Nataniel uznał, że nie warto jej na siłę budzić i pomimo tego, że nie powinien się teraz nadwyrężać, podniósł i zaniósł dziewczynę do łóżka w ich kajucie. Musiał przyznać, że Ran spisał się, bo szwy trzymały i nawet było mu już znacznie lepiej.
- Naaat... ale tu ciemno... gdzie się podziały moje książki...? Powiedz mamie, że zrobiłam jej śniadanie... - majaczyła przez sen Anna, gdy kapitan kładł ją na koję.
- Upiłaś mi się równo... - mruknął lekko poirytowany, gdy dziewczyna uwiesiła mu się na szyję i za wszelką cenę próbowała odpiąć mu pasek przy spodniach. Nataniel przytrzymał jej ręce i wgramolił się pod ścianę.
- Nie dzisiaj. Jak wytrzeźwiejesz... - powiedział sennie i zarzucił na nich koc. - ...a teraz dobranoc - dokończył i odwrócony do niej plecami zamknął oczy. Po chwili jednak wzdrygnął się, gdy Ana bez wcześniejszego uprzedzenia oplotła go w rękami na wysokości torsu. Westchnął tylko ciężko i odwrócił na nią wzrok. Ta wtulona w niego już spała. Pazur ułożył się jak wcześniej i w nadziei, że tym razem zaśnie, zamknął oczy.




(31)

Tuż przed wschodem słońca piraci zebrali się przed statkiem i wspólnie oceniali straty.
- ...więc przedni maszt cały i lewa burta od środka do końca pokładu, do naprawy. Dziób też obity... - myślał głośno John, oglądając uszkodzenia.
- Musimy podzielić pracę. Poza naprawą "Navisa", jest też jeszcze coś do zrobienia.
- Co takiego?
- Musimy nazbierać czegoś do jedzenia. W ładowni pozostała tylko jedna beczka z mięsem, pół skrzynki owoców, parę sucharów i beczka soli. To nasz cały zapas na drogę powrotną, a nawet nie dopłynęliśmy jeszcze do Wyspy Czasu. - oznajmił Ormond, który nie miał już z czego przygotowywać jedzenia dla załogi.
- Dobrze, zrobimy więc tak: Christoph, Ormond i Tim, pójdziecie w głąb wyspy na zwiady. Zaopatrzcie się w worki na jakieś owoce. Broń też weźcie, nie wiadomo na co możecie się tam natknąć. Ran, Black, Lee i Bonny idą po drzewo na maszt, natomiast Henry, Grand, Marley i Millan ze mną poszukać odpowiedniego drewna na naprawę burty. Cóż... możemy chyba zacząć...
- Świetnie idzie ci organizacja.
Do uszu piratów dobiegł znany im wszystkim bardzo dobrze głos. Odwrócili się w stronę statku, a tam oparty o burtę stał kapitan.




(32)

- Kapitanie! - zawołał John. - Widzę, że już z panem lepiej!
Nataniel stał dalej z obojętną twarzą i patrzył z góry na swoją załogę. Płaszcz miał rozpięty, a koszulę nie całkiem wkasaną w spodnie. Musiał również poluźnić pasek, żeby niczym nie naciskać na zabandażowane miejce na ciele.
- Wiecie, gdzie jesteśmy? - zmienił nagle temat, który wydawał mu się dużo ważniejszy niż swoje własne zdrowie. Marynarze spojrzeli po sobie, jakby chcąc zapytać o to samo jeden drugiego.
- ...rozbiliśmy się na wyspie położonej 5 mil na południowy zachód od Wyspy Czasu. Na mapie zaznaczona jest pod nazwą "Siedziba Magmy".
- Siedziba magmy? Na tej wyspie znajduje się jakiś wulkan? - spytał Black z niedowierzaniem.
- Pierwszy symbol słowa "Magma" jest użyty wielką literą... wnioskuję stąd, iż nie jest to "magma" w innym znaczeniu lawy wulkanicznej, tylko jakaś nazwa.
- Czego nazwa?
- Miejsca, rzeczy... czegokolwiek, co napotkał na swojej drodze Silver, a godne było użycia w nazwie tej wyspy.
- Może teściowa Silvera? - rzucił Grand co rozbawiło piratów do łez.
Nataniel nie widział w tym jednak powodu do śmiechu i zniecierpliwiony zaczął stukać pazurami o burtę. Gdy John to zauważył, uderzył Granda z łokcia, co miało oznaczać, żeby lepiej się zamknął. Już po chwili znów zapadła cisza.
- Ile czasu zajmie odbudowa statku? - zapytał kapitan odchodząc już od burty.
- Jeśli się postaramy, to jakieś cztery, może pięć dni - odkrzyknął mu Bonny, który poniekąd orientował się w tym temacie (zanim przystąpił do załogi Pazura, pracował jako cieśla w małym zakładzie w Puerto Lobos).
Gdy kapitan zniknął im z oczu, grupa rozeszła się tak, jak zostali wcześniej podzieleni, a on sam udał się z powrotem do swojej kajuty.




(33)

Gdy Nataniel chciał wejść do pomieszczenia, drogę zagrodziła mu Anna. Dopiero wstała i szczerze mówiąc, wyglądała jak... ostatnie nieszczęście.
- Boże... Moja głoowa... - jęknęła, zasłaniając ręką oczy.
- Ktoś tu ma kaca - skomentował krótko Pazur i wyminął ją w przejściu.
- Nie pamiętam... nie pamiętam, ile wczoraj wlałam w siebie tego cholerstwa...
- Trzy butelki - odparł jej szybko Nataniel i położył na rozłożonej na biurku mapie kompas. Dobrze, że tam gdzie stała kotka, stało także krzesło, bo pewnie wylądowałaby na podłodze.
- Ile...?! - zapytała raz jeszcze z otwartymi w szoku ustami.
- Trzy butelki. Zasnęłaś w mesie z pustą flaszką w ręce. Pozostałe dwie walały się po podłodze - dopowiedział kapitan i zaczął coś pod nosem obliczać.
- A... ale obudziłam się w łóżku...
- Przyniosłem cię.
- Rany... - dziewczyna nie wiedziała, gdzie ma się schować. Pierwszy raz w życiu naprawdę solidnie się upiła i nie bardzo wiedziała, co teraz myśli sobie kapitan. Trzy pełne flaszki przez jeden wieczór?! Zaraz... Nataniel pije cztery razy tyle, więc za alkoholiczkę raczej jej nie weźmie...
- Nad czym tak intensywnie myślisz? - zapytał kapitan, patrząc spode łba na dosłownie załamaną piratkę.
- Nad niczym ważnym - odparła, patrząc dalej w podłogę. - Idę pooddychać trochę świeżym powietrzem - rzuciła nagle i zerwała się z krzesła.
- Korytarzem prosto do schodków! Nie skręcaj w lewo do mesy! - zawołał jeszcze kapitan nim zniknęła za drzwiami. Uśmiechnął się pod wąsem i obrócił mapę tak, aby zgodna była ze znów działającym kompasem.




(34)

Naprawa statku szła jak burza. Po niespełna pięciu dniach "Navis" zaopatrzony był już w całkiem nowy maszt, kończono również łatanie dziury w lewej burcie. Ładownia była już niemal całkowicie wypełniona owocami, a także mięsem dzikich świń, które Lee z Grandem upolowali w głębi wyspy. W dalszą podróż mieli ruszyć jutro w południe. Piraci siedzieli przy ławach w mesie i czekali na posiłek, który przyrządzał im Ormond. Oczywiście nie siedzieli bezczynnie... pili rum.
Pili, rozmawiali, śpiewali i robi wszystko dla zabicia czasu w trakcie wyczekiwania na wreszcie upragniony PORZĄDNY posiłek. John i Anna weszli do pomieszczenia, gdy wszyscy inni marynarze siedzieli już dawno przy stołach. John, nie siadając jeszcze między nimi, poszedł odrazu do kuka.
- Odłóż jedną porcję - powiedział od razu przy wejściu do małego pomieszczenia z piecykiem, na którym stał ogromny kocioł dziwnie pachnącej zupy.
- Dla kogo? - spytał Ormond wyraźnie zaskoczony.
- Dla kapitana. Powiedział, że nie będzie jadł. Ana mówi, że źle się czuje i się położył.
Kuk wsadził do kotła wielką warząchę i zamieszał nią jego zawartość. Sternik podszedł bliżej i zajrzał do środka.
- Z czego ta zupa? - zapytał, jakby bojąc się odpowiedzi.
- Z wszystkiego.
- A dokładniej?
- Z tego, co zebraliśmy w dżungli.
- To znaczy, co zebraliście w dżungli?
- Pytasz co zebraliśmy?
- Tak.
- Jedzenie.
John uznał, że nie warto dalej o tym rozmawiać. Zaczął się nawet zastanawiać, czy brak konkretnej odpowiedzi nie wyszedł mu na dobre. Właściwie to wolał nie wiedzieć, z czego faktycznie Ormond wyczarował ten żółtawy kisiel, który niestety ani wyglądem, ani zapachem nie kojarzył się z PORZĄDNYM posiłkiem, na który wszyscy tak długo czekali...




(35)

Wieczorem piraci zabrali się za układanie bali, przy pomocy których mieli jutro bezpiecznie zepchnąć okręt na głębszą wodę. Anna uchyliła cicho drzwi od kajuty kapitana i bezszelestnie wślizgnęła się do środka. Na biurku paliły się cztery ustawione blisko siebie świece, które były wystarczające do oświetlenia niezbyt dużego pomieszczenia. Kotka podeszła bliżej koi, na której spał kapitan. Gdy wychodziła na obiad, ten próbował zasnąć na plecach. Nie mógł położyć się na bok przez okropnie bolącą ranę w biodrze. Teraz jednak leżał już na lewym boku, co znaczyło, że najwyraźniej ból wreszcie ustąpił. Kapitan nie obudził się, gdy dziewczyna chodziła po kajucie i przygotowywała się do snu.
Potrzebował teraz dużo odpoczynku, jeśli szybko miał dojść do siebie. Nie wiadomo przecież, jakie przeciwności czekają na nich na Wyspie Czasu, gdzie William Silver ukrył swoje legendarne łupy. Ana przebrała się i zdmuchnęła trzy świece, a gdy to zrobiła położyła się do łóżka obok Nataniela.
- A już myślałem, że znowu będę cię musiał przynosić z mesy.
- Nie śpisz?
- Nie, już dawno się obudziłem.
Pazur przerzucił się na drugi bok i podparł głowę na ramieniu. Spojrzał na kotkę, a ta szybko odwróciła wzrok w stronę okna.
- Księżyc znów dobiera. Ciekawe, czy uda nam się odnaleźć ten skarb - powiedziała, nie wiedząc już o czym mówić, po czym spowrotem spojrzała na kapitana, który nie odrywał od niej wzroku. - Dlaczego tak patrzysz? - spytała w końcu z mimowolnym uśmiechem. Nataniel bez słowa przejechał ręką po jej długich kasztanowych włosach.
- Dzisiaj jesteś już chyba trzeźwa...? - odparł kapitan, udając, że niczego nie chciał tym samym zasugerować. Ana uśmiechnęła się i dała mu jednego całusa.
- To wszystko...? - powiedział lekko rozczarowany.
- Nie... to było na zachętę. - odparła i kolejnym pocałunkiem dosłownie przygwoździła kapitana do poduszki.




(36)

Niebo było już lekko błękitne, lecz mimo tego wciąż panował jeszcze mrok. Było bardzo wcześnie rano, gdy kapitan wyszedł na plażę. Daleko w dżungli, nad korony drzew unosiła się smuga dymu, którą Nataniel zaobserwował już ze swojego okna w kajucie. Przeszedł się niespiesznie kawałek tuż przy brzegu, a delikatne fale uderzały z cichym pogłosem o jego skórzane buty. W końcu zatrzymał się i jeszcze raz sprawdził, czy nie zapomniał wziąć ze sobą pary pistoletów i szabli. Wszystko było na swoim miejscu, zawiązał mocniej bandanę i kulejąc ruszył na skroś plaży w stronę dżungli...
Parę godzin później piraci ustawiali już ostatnie kłody na torze, po którym mieli zamiar zepchnąć okręt do wody.
- Godzina pracy i skończymy!
- Henry i Ran niech pójdą ściąć jeszcze jedno drzewo!
- Jeszcze jedno?! John, tyle nam wystarczy! Ten kawałek to statek dokula się już sam!
Na plaży odbywała się wymiana poglądów między marynarzami. Jedni chcieli, aby wszystko było zapięte na ostatni guzik, za innymi zaś przemawiało lenistwo...
- Nie będę targał tu kolejnego drzewa! Jestem padnięty, a ty każesz mi wykonywać rzeczy nie na moje siły! Nie jesteś tu od wydawania rozkazów!
- Ale jestem prawą ręką kapitana i podczas jego nieobecności mam prawo przywoływać was do porządku, czy wam się to podoba, czy nie!
- Nie jesteś pierwszym oficerem, więc nie masz prawa się tu tak rządzić!
- Tak w ramach przypomnienia Ran, pierwszego oficera zastrzelili strażnicy Cocker Spaniela, gdy odbijaliśmy kapitana. Także bądź łaskaw i stul wreszcie tę swoją jadaczkę, a bynajmniej przepłucz usta zanim coś do mnie zaczniesz nadawać! Zresztą Geofrey i tak nie nadawał się na to stanowisko! Kapitan mu po prostu nie ufał.
- Może myślisz, że byłbyś lepszym oficerem niż Geofrey? Ha, przyznaj się!
Gdyby nie to, że do rozmowy włączył się Grand, pewnie obaj skoczyliby sobie do gardeł i doszłoby do rękoczynów.
- Ej, moment! Dlaczego po prostu nie zapytacie o zdanie kapitana? Chyba on najlepiej będzie wiedział co należy jeszcze zrobić, prawda?
Ran i John spojrzeli po sobie, po czym w milczeniu udali sie na "Navisa".




(37)

John zapukał do drzwi.... Cisza. Po krótkiej chwili powtórzył czynność, tym razem głośniej. Anna przekręciła się w łóżku na drugi bok i pomimo dochodzącego ją hałasu starała się nie przerywać błogiego snu.
- Odsuń się, ja zapukam... - powiedział Ran i walnął trzy razy z pięści w drzwi. - Kapitanie, można?!
Dziewczyna przetarła ręką oczy i zaklęła cicho.
- Jasna cholera, ile można...
Ran nastawił uszu.
- Powiedział chyba, że można... - rzekł i złapał za klamkę. Gdy drzwi nagle się otworzyły, Ana zerwała się z miejsca.
- John!
- Ana...?
- Ran!!
- My...
- Wynocha mi stąd! I to już!!! - kotka zdążyła zasłonić się kocem.
- Cholera, mogła powiedzieć, że nie jest ubrana... - wymamrotał Ran, gdy czekali na nią w korytarzu. W końcu dziewczyna wyszła z kajuty i przestrzegła obu, żeby się czasem przed kapitanem nie wygadali ,co zaszło, bo dostaną niezłe baty.
- ...Więc po co przyszliście?
- No właśnie do kapitana, ale z tego co mówisz, wnioskuję, że go nie zastaliśmy...
Ana przeczesała ręką włosy.
- Właśnie ja sama nie wiem, gdzie on się podziewa. Gdy się obudziłam już go nie było, a nie wspominał mi nic wczoraj, żeby miał na dzisiaj coś zaplanowane... Hmmm... Sama nie wiem...
- Więc może po prostu na niego poczekajmy. Jeśli nie zjawi się do wieczora, pójdziemy go poszukać. - orzekł John, co uspokoiło trochę Annę.




(38)

Tymczasem kapitan przedzierał się przez gęstwinę z szablą w jednej i kompasem w drugiej ręce. Co pewien czas robił sobie krótką przerwę na odpoczynek, ponieważ nie zdążył nabrać jeszcze sił na dłuższe wędrówki. Zgubił trop. Nie widział już unoszącego się nad drzewami dymu, który tak go zaciekawił. Nie ma dymu bez ognia, a dzikie świnie czy ptactwo ognia nie potrafią rozpalić. Zmęczony i trochę zawiedziony usiadł na przewalonym pniu starego drzewa pośród bujnie rosnących paproci i zwisających z góry lian.
- Tylko chwilę... Zaraz trzeba wracać... - poganiał sam siebie, gdy rana znów zaczęła go boleć.
Zwinął się w kłębek i w miarę cierpliwie czekał aż ból ustąpi. Nagle rozległ się śmiech. Kapitan poderwał się z miejsca i chwycił za rękojeść szabli. Po chwili skrzeczący głos się powtórzył, tym razem jednak z innej strony. Nataniel dosłownie zgłupiał. Odwracał się w obie strony, jednak nigdzie nikogo nie widział.
- To przez to słońce... Zaczynam mieć omany! - powiedział z lekką pogardą dla samego siebie. Po chwili jednak znów usłyszał śmiech. Puścił szablę i wyciągnął zza pasu pistolet. Jednak ból znacznie się nasilił i ciężko mu było nawet utrzymać w ręce broń. Jęknął przez zaciśnięte zęby i upadł na czworaka na ziemię. Gdy podniósł po chwili głowę, ujrzał idącą w jego stronę ciemną postać, która z sekundy na sekundę stawała się coraz bardziej niewyraźna. Po chwili zakręciło mu się w głowie i stracił przytomność...




(39)

Kapitan otworzył oczy. Ściany pomieszczenia, w którym się znajdował zrobione były z gałęzi, poprzetykane mchem i inną roślinnością. Na samym środku paliło się ognisko, a drzwi i okna były pozasłaniane. Pazur bez chwili zastanowienia odgiął na bok koc, którym był przykryty i wstał, niepewnie rozglądając się po izbie.
- Co to za miejsce...? - Myślał głośno, próbując przypomnieć sobie, co zaszło.
- Moje miejsce.
Nataniel obrócił się raptownie słysząc za sobą czyjś głos. Pod ścianą, przy zasłonce zszytej ze skór jakiś małych zwierząt zobaczył postać, która na pierwszy rzut oka wyglądała jak zjawa z najdziwniejszego snu.
Ciało pokryte czarną, krótką sierścią. Ubiór składający się z długich, białych piór połączonych ze sobą w niesamowicie precyzyjny sposób. Również na głowie spoczywał piękny, wysoki pióropusz, który kapitanowi od razu skojarzył się z tradycyjnymi nakryciami głowy wodzów Indian.
- To moje miejsce - powtórzyła postać, a jej żółty wzrok przeszył Pazura. - Znajdujesz się dwie godziny drogi na północ od twojego statku.
- Skąd wiesz o statku? - spytał Nataniel z wyraźnym zdumieniem. Wtedy właśnie jego rozmówczyni wyszła z ciemnego kąta, a on spostrzegł, że jest to czarna pantera.
- Wiem o wielu rzeczach... - odparła tajemniczo podchodząc coraz bliżej kapitana. - Dlaczego zapuściłeś się do dżungli? Samemu to niebezpieczne, tym bardziej, jeśli nie zna się terenu...
- Kim jesteś? - Pazur nie lubił nieznajomych, a w szczególności tych wścibskich i próbujących prawić mu morały.




(40)

- Pytaniem nie odpowiada się na zadane wcześniej pytanie.
To Nataniela wkurzyło do reszty. Zaczął krążyć po pomieszczeniu w poszukiwaniu wyjścia.
- Wyjdziesz tamtędy. - Pantera siadając na wiklinowym stołku wskazała kapitanowi drogę wyjścia.
Pazur spojrzał na nią, po czym odsłonił płócienną kotarkę, za którą ujrzał bujną zieloną roślinność.
- Musisz zejść na dół. Jesteśmy na drzewie - powiedziała Panera i zebrała z podłogi parę rozrzuconych muszli i kamyków.
Kapitan stał na progu i spoglądał w dół. Ogon niespokojnie uderzał mu o podłogę.
- Tylko mi nie mów, że masz lęk wysokości! Jesteś kotem!
- Nie mam lęku wysokości. Jeśli zejdę na dół to najprawdopodobniej już tu nie wrócę i nie dowiem się, kim jesteś i co tu robisz...
Pazur obrócił się i podszedł z powrotem do Pantery.
- Kim jesteś, pytam jeszcze raz.
Pantera uśmiechnęła się i rzuciła muszlami na podłogę.
- Jedni mówią na mnie czarodziejka, inni uzdrowicielka.... Potrafię przewidzieć przyszłość, wyczytać przeszłość, wyleczyć z choroby, porozumieć się z istotami nie z tej ziemi... Mogę być wiatrem, szumem fal, ptasim śpiewem, usłyszeć wszystko to, co wydaje się szeptem i zobaczyć to, co z pozoru jest niewidzialne...
Kapitan starał się zrozumieć panterę, jednak już po chwili odpuścił sobie dochodząc do wniosku, że nie warto tracić teraz czas na rozszyfrowywanie głupich przenośni, które tylko z pozoru brzmią mądrze i zachwycająco.
- Po co mnie tu sprowadziłaś? - spytał nie bawiąc się w zbędne grzeczności.
Na twarzy szamanki znów pojawił się tajemniczy uśmiech. Założyła ręce na pierś i odparła:
- Podegnij koszulę.
Kapitanowi wydawało się, że się przesłyszał. Sarkastycznie spojrzał na panterę, która jednak zachowywała się poważnie. Nataniel sam nie wiedząc do końca co robi, odpiął płaszcz i podwinął do góry koszulę. Już po chwili doznał szoku. Po okropnej ranie ani po szwach nie było ani śladu.
- Ty to zrobiłaś...? - spytał z niedowierzaniem naciskając ręką na bok.
Spojrzał panterze prosto w oczy. Wyraz twarzy jaki teraz miał, był u niego tak często spotykany jak śnieg na pustyni. Zdziwienie, lęk... Chyba wszystko naraz i jeszcze więcej. - ...Kim ty do cholery jesteś? - zapytał w końcu półgłosem.
- Domyśl się sam.




(41)

- Nie! Nie wytrzymam tu dłużej! Mówiłeś, że zaczekamy do zmroku!
- Przecież jest już ciemno.
- No a my dalej siedzimy na statku i czekamy! John, ja idę po niego. Jeśli ty i reszta boicie się, to zostańcie tu sobie i czekajcie aż przyniosę wam wątrobę albo oko rozszarpanego w dżungli kapitana! Tchórze!
Anna zerwała się z miejsca i wetknęła za pas pistolet.
- Ana, opanuj się! Jeśli pójdziesz do dżungli sama, możemy cię już więcej nie zobaczyć!
Grand złapał ją za rękę starając się zatrzymać. Wtedy dziewczyna dobyła pistoletu i wymierzyła go prosto w jego głowę.
- Puść mnie, albo nie zawaham się nacisnąć na spustu!
- Ana, co ty do diabła wyprawiasz!!! - Piraci usłyszeli nagle głos kapitana, a kotka opuściła pistolet.
- Nataniel..?!
Dziewczyna zwróciła wzrok w stronę wybrzeża. Daleko przed nimi ujrzała kapitana idącego wraz z szamanką z dżungli.
- Nataniel! - krzyknęła i zaczęła biec w ich stronę. Kapitan podbiegł parę kroków i chwycił kotkę w objęcia.
- Gdzie byłeś? Nie masz pojęcia, jak się martwiłam!
- Niepotrzebnie... - Nataniel spostrzegł, że dziewczyna przygląda się szamance. - To czarna pantera, szamanka z dżungli.
Ana uśmiechnęła się do niej.
- Jeśli już tu jesteś, to może zjesz z nami posiłek? Co prawda żadne luksusy, ale zawsze to "ciepłe prosto z gara" - zaproponowała z uśmiechem.
- Dżungla mnie nie rozpieszcza. Właściwie to dawno nie jadłam nic czego sama bym nie przygotowała...
Po krótkiej konwersacji cała trójka udała się na statek, gdzie w mesie czekał na nich posiłek i rzecz jasna rum...




(42)

Dzisiejszej nocy w mesie było weselej niż zwykle. Załoga w pełnym komplecie siedziała przy ławach i przysłuchiwała się opowiadaniom czarnej pantery. Ormond namawiał do jedzenia jego "pysznej" zupy, piraci jednak grzecznie odmawiali i nalewali sobie kolejne szklanki rumu.
- ...Wiele statków wpływało w Zatokę Zapomnienia, jednak ani jednemu jeszcze nie udało się z niej wypłynąć - opowiadała dalej szamanka.
- W jakiej części wyspy Silver ukrył swój skarb? - spytała Anna.
- Stary Will był bardzo przebiegły... Łupy ukrył w grocie, w której zostawił swoją załogę. Znajduje się ona dwie mile na północny zachód od Księżycowego Szczytu. Według legendy, dwunastu marynarzy sprzeciwiło się swojemu kapitanowi i wszczęło bunt. Każde bowiem zdobyte złoto od razu transportowali na wyspę, którą Silver ochrzcił później Wyspą Czasu. Nie podobało się to piratom, którzy postanowili odzyskać łupy i mieć je zawsze przy sobie na statku. Żądni byli bogactwa, a tony złota zamieniały ich pomału w ślepców, którzy nie widzieli już nic prócz pieniędzy i klejnotów. Pewnej nocy postanowili zabić swojego kapitana i przejąć władzę na statku. Silver jednak wywęszył podstęp i za dnia zaprowadził dwunastu marynarzy w głąb wyspy, do groty w której przechowywali skarby. Pozwolił wtedy piratom wejść do środka i każdemu nakazał zabrać ze sobą tyle złota ile tylko udźwignie. Uradowani marynarze naraz zapomnieli o spisku uknutemu przeciw kapitanowi i pobiegli w głąb groty po czekające na nich bogactwa. Silver odczekał pewien czas, a gdy zobaczył w ciemnościach powracających do niego obładowanych złotem marynarzy, wysadził w powietrze głazy, które stoczyły się po urwisku i zamknęły wejście do groty. Piraci, którzy zataczali się pod ciężarem klejnotów, nie zdołali wybiec nim kamienie całkowicie zatarasowały przejście. Silver przeklął ich na wieki i powrócił sam jeden do swego kraju. Wcześniej został jednak ograbiony przez jednego ze swoich marynarzy, który ukradł mu pierścień dający Silverowi magiczną moc. Piraci zginęli zamknięci w grocie z głodu i braku powietrza, a pierścień pochłonął ich przeklęte po wieki dusze... Wejście do groty zasypane jest do dziś, a szczątki zdrajców są cały czas w środku... Tak jak ich dusze i legendarny skarb starego Silvera, który od lat jest obiektem poszukiwań piratów z wszystkich stron świata... Jesteście pierwszymi, którzy od czasów Williama, dotarli aż tak daleko...
Kapitan zatopiony w rozmyślaniach nad skarbem Silvera, zaglądał co chwila w kufel, którego zawartość z czasem coraz bardziej zbliżała się do dna naczynia...
"Ta szamanka wcale nie jest taka głupia... Chyba źle ją oceniłem... Dużo wie o skarbie Silvera. Bez niej ciężko byłoby nam znaleźć miejsce ukrycia skarbu... Swoją drogą, to skąd ona o tym wszystkim tyle wie? To trochę podejrzane... - Kapitan łyknął w międzyczasie trunku. - Trzeba porozmawiać z nią inaczej..."




(43)

Kapitan odstawił na bok kufel i kiwnął ręką do Ormonda, aby zrobił coś z pustym naczyniem. Kuk podszedł od razu z nową butelką trunku.
- Zastanawia mnie... - zaczął Nataniel po długim czasie milczenia - ...skąd tyle wiesz o Silverze i jego załodze? Wiele szczegółów, o których opowiedziałaś umyka w opowieściach starych wilków morskich i portowych gawędziarzy. Wiesz o grocie i magicznym pierścieniu Willa... Co prawda obiły mi się o uszy wstawki o klejnocie, który dawał Silverowi magiczną moc, jednak nigdy nie słyszałem o dokładnym miejscu ukrycia skarbu. Żaden marynarz nie dysponuje taką wiedzą. Jak dotąd było to osiane grubą warstwą tajemnicy...
Szamanka nic nie odpowiadając, wyciągnęła z kieszonki parę kamyków i dwie małe chrząstki jakiegoś niedużego zwierzątka. Zebrała wszystko w garść i uniosła rękę nad stół, po czym puściła. Przedmioty rozsypały się po ławie, dziwnym zbiegiem okoliczności tworząc koło.
- Czy twój ojciec nie opowiadał ci o Williamie Silverze? – Szamanka zwróciła się do Nataniela.
- Mój ojciec nie ma nic do tego. Dowiem się skąd tyle wiesz o skarbie?
- Twój ojciec był człowiekiem surowym i bezwzględnym... Odziedziczyłeś po nim te cechy... Opowiesz mi może jak zginął?
- Dość tego! - Kapitan poderwał się z miejsca i już chciał dopaść do pantery, jednak marynarze w porę go chwycili i odciągnęli na bok. – Łapy precz idioci! - warknął na piratów, a ci od razu go puścili. - Nie podobasz mi się... - Wskazał palcem na zmieszaną szamankę. - ...Wiesz o rzeczach, o których NIE POWINNAŚ wiedzieć. Zaufałem ci, bo mi pomogłaś. Nie jestem jednak przekonany, czy powinienem ci ufać dalej... - Jego ręka powędrowała w międzyczasie na rękojeść sztyletu, którego trzymał za pasem. Nie przerywał jednak, a z każdym słowem ściszał głos - ...Jeśli historia o grocie okaże się wytworem twojej wyobraźni, to nie chcesz wiedzieć, co ci zrobię... - mówiąc to przystawił samo ostrze sztyletu do krtani pantery.
Ta odgięła do tyłu głowę i przełknęła głośno ślinę. Nataniel schował jednak nóż i niespiesznie udał się w stronę drzwi.
- Nie wiesz, kim jestem... – Usłyszał, gdy był już w progu.
- Wystarczy mi sam fakt, że wiesz za dużo... Stanowczo ZA DUŻO – odparł nie zatrzymując się ani na moment.




(44)

- RAAAZ!!! DWAAAA!!! I TRZY, PCHAAAĆ!!!!
"Navis" zaskrzypiał pod własnym ciężarem, po czym powoli zaczął staczać się po ułożonych na plaży balach. W końcu dziób wszedł w falę, a tuż po nim i reszta statku. Piraci zmordowani po nadludzkim wysiłku poupadali na piasek, jednak cieszyli się zarazem, że ich okręt znów pływa po wodzie. Ten, kto miał kapelusz podrzucił go do góry, a reszta wiwatowała i klaskała dla uczczenia tej jakże cudownej chwili.
Załoga zajęła swoje miejsca na statku i w pełnej gotowości oczekiwali na rozkazy kapitana.
- Nataniel... Spójrz. - Anna wskazała na plażę, na której brzegu stała szamanka. Kapitan wstrzymał piratów, aby jeszcze nie podnosili żagli, po czym podszedł na rufę.
- Kapitanie Pazur! - krzyknęła pantera, gdy Nataniel stał tak blisko, że bliżej już niestety się nie dało. -Proszę uważać na siebie i załogę! Znajdziecie to, czego szukacie!
Kapitan nie był pewien, co odpowiedzieć. Miał mieszane uczucia co do dziwnej szamanki. Po chwili wahania, zadał jednak ostatnie już pytanie.
- Rozstajemy się tu i teraz, możliwe, że nasze szlaki już nigdy więcej się nie skrzyżują. Spytam więc ten ostatni raz, w nadziei, że tym razem powiesz mi wreszcie kim-naprawdę-jesteś?
Na twarzy pantery zagościł szeroki uśmiech. Po chwili odparła radośnie:
- Kim ja jestem? Jestem osobą, za którą Silver oddał to, co miał najcenniejszego - własne życie! Jestem Magma! Zapamiętaj Natanielu - serce nie kieruje mieczem, a zemstą nic nie zdziałasz! Nie popełnij więcej tego samego błędu co przed laty, pamiętaj! Żegnajcie!
Nataniel patrzył jeszcze przez długi czas na znikającą na horyzoncie postać czarnej pantery i rozmyślał nad jej ostatnimi przytłaczającymi słowami.
"Do diabła... Skąd ona wie...? Przecież to wszystko sie kupy nie trzyma... Zresztą co ją obchodzą moje prywatne sprawy!? To, co było już się nie odstanie i trzeba o tym jak najszybciej zapomnieć. Zapomnieć! I nigdy już do tego nie wracać!" - Pomyślał i spojrzał w niebo. Było czyste i jasne, bez żadnej chmury, która mogłaby zagrozić ich żegludze. Pazur odetchnął pełną piersią i z zadowoleniem spojrzał na marynarzy biegających po pokładzie.
- Trzeba znów wziąć sprawy w swoje ręce - mruknął sam do siebie z wymuszonym uśmiechem.




(45)

Kapitan stał oparty o krzesło, nad rozłożoną na biurku mapą. Po samym wyrazie jego twarzy można było szybko wywnioskować, że nie ma humoru. Spoglądał raz na mapę, raz na leżący obok kompas, chcąc zgrać w jakiś sposób oba te przedmioty ze sobą. Jednak igła magnetyczna zaczęła znów płatać figle i kręciła się naprzemian to w jedną, to w drugą stronę.
- Złom - mruknął pod nosem Nataniel biorąc do ręki urządzenie. Wtem rozległo się pukanie, a tuż po nim drzwi od kapitańskiej kajuty uchyliły się z cichym skrzypem.
- Kapitanie... Można? - W progu stał John, który zdążył zauważyć już w jakim Nataniel jest nastroju, dlatego też starał mu się nie narzucać.
- Uhm... - odmruknął ponuro kapitan i podniósł wzrok na marynarza. Ten niepewnie wślizgnął się do pomieszczenia zamykając za sobą drzwi. Gdy to zrobił, kapitan ponownie spuścił wzrok na trzymany w ręce kompas, tak jakby chciał przez to powiedzieć "Masz szczęście, że zamknąłeś drzwi bo już byś stąd wyleciał ze stłuczonym nosem...". John przygryzł dolną wargę i nabrał w płuca powietrza.
- Kapitanie, chciałem tylko zapytać o kurs... - wyjąkał w końcu starając się patrzeć cały czas w podłogę. Gdy Pazur miał zły humor najlepszym rozwiązaniem było trzymać się jak najdalej od miejsca jego obecnego przebywania, najlepiej na drugim końcu statku albo w szalupie przywiązanej do jego okrętu, dryfującej sobie spokojnie za statkiem. Nie ma się więc co dziwić, że piraci ciągnęli słomki, który ma zejść dziś do kapitana i wypytać o dalsze wskazówki dotyczące rejsu.
- Podejdź tu - rzekł kapitan swoim niskim głosem. Johna wnet zmroziło.




(46)

Po chwili wahania sternik zrobił krok do przodu i zbliżył się do swojego przełożonego.
- Ile to lat już będzie? Jakieś pięć, zgadza się? Pięć lat służysz na moim statku...
Marynarz zszokowany przytaknął tylko ruchem głowy.
- ...Muszę przyznać, że zdobyłeś moje zaufanie, a o to niezmiernie trudno. Mam w tobie dobrego doradcę, nawigatora, jesteś odważny i roztropny. Cóż... Myślę więc, że zasłużyłeś sobie na mały awans.
John mimowolnie podniósł głowę i spojrzał z nieukrytym zdumieniem na kapitana.
- J... Ja?
- Od śmierci Geofreya na "Navisie" brakuje pierwszego oficera. Zajmiesz jego miejsce, John.
Marynarz przez chwilę był pewien, że się przesłyszał.
- Pan mówi poważnie? Wydaje mi się, że...
- ...Że doskonale sprawdzisz się w nowej roli i jesteś jedyną osobą na tym statku która mogłaby zająć ten stołek - skończył za niego Nataniel i odłożył na biurko kompas. - A teraz idź już. Powiedz Grandowi żeby nie zmieniał kursu, dobrze płyniemy... No na co się tak gapisz? Idź już powiedziałem!
- Jaaa... Kapitanie, dziękuję. Dziękuję niezmiernie!
John z otwartymi wciąż ze zdumienia ustami wymaszerował z kajuty kapitana.
- Oficer... Pierwszy oficer "Navisa" John Grass... Pierwszy oficer... Oficer? Oficer. Oficer John... - mówił sam do siebie jakby w amoku, gdy szedł długim, podpokładowym korytarzem.




(47)

- Co tam się dzieje? Też to słyszycie? - Do Ormonda i reszty siedzących w mesie piratów dobiegł nagle dziwny hałas i przekrzykiwania.
- To z kajuty kapitana - stwierdził Henry wychylając sie za drzwi mesy.
*
- Nie będziesz mówił mi, co mam robić!
- Przecież ty nie masz żadnego pojęcia o morzu!
Kapitan kłócił się w tym czasie z Anną. Tak ostrej wymiany poglądów załoga nie słyszała od bardzo dawna.
- Co ty sobie do cholery myślisz?! Pływam od 2 lat! To dla ciebie za mało?!
- Ja pływam od 15 i według mnie to wciąż jest jeszcze za mało, dlatego daruj sobie.
- Taa... Tylko, że ja nie musiałam tak wcześnie uciekać z dala od swojego życia...
Nataniel zmarszczył brwi.
- Ale uciekłaś!
- Tak, uciekłam! Ale nie dlatego że zabiłam WŁASNEGO OJCA!
- Zamknij się!!! - warknął i strącił z wściekłości ręką wszystko, co stało na biurku. - Po jakiego czorta przyjąłem cię w ogóle do mojej załogi!? Co mnie skusiło, żeby wtedy wejść do tej twojej karczmy! - O nie! Tym razem przesadziłeś!!! - Anna ze złości nie mogła się pohamować i strzeliła Nataniela w twarz. Trzeba przyznać, że miała siłę w rękach... Pazur przez krótką chwilę był w szoku, że dziewczyna odważyła się na coś takiego. Wyprostował się i po chwili milczenia skierował się raptownie w stronę drzwi.
- ŚWINIA! - krzyknęła mu jeszcze Anna, gdy pchnął je z całej siły ręką. Nie odwracając się już wyszedł na korytarz.
- A to, co to ma znaczyć?! - Kapitana aż wmurowało, gdy zobaczył na zewnątrz podsłuchujących pod drzwiami marynarzy.
- Myy.... yyyy.... Znaczy się... - John nie miał pojęcia co odpowiedzieć.
Zatkało go tak jak i resztę piratów, których wzrok spoczął teraz tylko na prawym policzku kapitana... Pazur lekko poirytowany, przeklinając niemiłosiernie udał się do wyjścia z pod pokładu. Załoga natomiast jeszcze przez długą chwilę patrzyła na niego i zastanawiała się, jakim cudem osoba taka jak on, dała sobie walnąć w pysk.... W dodatku przez kobietę.




(48)

Księżyc świecił jasno na bezkresnym, ciemnym niebie, nad głowami piratów, którzy w milczeniu siedzieli na pokładzie. Noc była spokojna, a fale delikatnie uderzały o burty. Bezdenną ciszę zakłócał jedynie odgłos rozpruwanej przez dziób statku wody. Marynarze nie byli senni, dlatego też postanowili nie kłaść się dzisiejszej nocy i poobserwować rozgwieżdżone niebo. Nataniel podparł się ramionami o burtę i już od dłuższego czasu wpatrywał się w czarną wodę.
- Cisza przed burzą. - Usłyszał w pewnej chwili, po czym zerknął kątem oka na stojącego przy nim pierwszego oficera. Kiwnął tylko głową na znak, że też mu się to nie podoba. - Dawno nie było tak spokojnej nocy...
- I to mnie właśnie martwi - odparł kapitan niezbyt entuzjastycznie. – Tym bardziej, że te wody na mapie są zamazane i nie sposób cokolwiek stamtąd odczytać...
Piraci dalej wpatrywali się w wodę, nic więcej już do siebie nie mówiąc, gdy Johna raptem coś wyrwało z zamyślenia. Wyprostował się i nastawił uszu.
- Słyszał pan?
- Nie, nic nie słyszałem. - Kapitan spontanicznie przetarł ręką oczy i totalnie zignorował pytanie marynarza.
- Wydawało mi się, że... - John urwał nagle w połowie zdania, dochodząc do wniosku, że może faktycznie się przesłyszał i nie warto robić z siebie idioty. Jednak po krótkiej chwili powietrze przeszył gwizd, a tuż po nim do uszu obu piratów dobiegł cichy śpiew. Urwał się nagle, jednak po krótkiej chwili znów dał się słyszeć. Był nieziemsko piękny, wysoki, a zarazem i taki dziwnie pusty... Melodia zdawała się nie być ściśle określona, tym bardziej, że nie był to jeden głos, lecz kilka na dodatek nie zawsze nachodzących na siebie. John zesztywniał nagle, czując wokół coś dziwnego. Fale jakby ucichły, słyszał teraz tylko cudowne głosy, które oczarowywały go i zarazem paraliżowały jego umysł. Oprzytomniał nagle, gdy oberwał w twarz.
- JOHN! Ty durniu, do cholery zatkaj uszy!!!
Marynarz spojrzał obłąkanym wzrokiem na kapitana od którego właśnie przed chwilą dostał w pięści.
- Kapitanie... Panów jest... Trzech?
- Zatkaj uszy ofermo!!!
Już po chwili obraz przed oczyma Johna znów powrócił do normy i zamiast trzech kapitanów widział znów tylko jednego.
- Dlaczego mam zatkać uszy?
Nataniel pacnął go znów przez łeb i skierował jego głowę w drugą stronę.
- Patrz! - warknął na marynarza.




(49)

Tuż nad taflą ciemnej wody unosił się biały obłok mgły. Była wszędzie wokół statku, a wystające z niej ostre, czarne skały wyglądały niczym wilcze kły, spragnione krwi i żywego kociego mięsa. Marynarze pozatykali uszy jak nakazał im kapitan i zbiegli się przy burtach obserwując skały i spowijającą je mgłę. Złe przeczucia Nataniela niestety się sprawdziły. Nieziemski śpiew, który hipnotyzował jego marynarzy był śpiewem syren. Było ich pełno na otaczających ich skałach, siedziały i oczarowywały głosem i urodą.
- Niezwykłe... - szepnął John obserwując pływające w wodzie syreny.
Szczerze mówiąc było to jego pierwsze (i niestety nie ostatnie) spotkanie z syrenami. Nie był jednak jedyną osobą na statku, która widziała je również po raz pierwszy. W pewnej chwili po pokładzie rozniósł się rozpaczliwy wrzask.
- Nie mogę już dłużej!!! - Marley opuścił z rezygnacją ręce. Śpiew natychmiast go oczarował i marynarz zupełnie nieświadomy tego, co robi, skierował się w stronę burty.
- Marley!!!!!! - Kapitan zauważył w porę co wyczynia jego podwładny i bez namysłu rzucił się w jego stronę. Starał się całkowicie ignorować dochodzący do jego uszu śpiew, który potrafił otumanić do tego stopnia, że marynarz sam przeskakiwał przez burtę i nurkował do morza po śmierć.
Tym razem jednak tak się nie stało, bo Pazur w ostatniej chwili chwycił pirata i uderzył go z całej siły rękojeścią szabli w głowę, tak, że nieszczęśnik stracił przytomność. Syreny czekające już na marynarza, nie dały jednak za wygraną. Postarały się aby ich śpiew owładnął zmysłami kapitana. Już po krótkiej chwili zmagań z przedziwną melodią, Pazur zaczął tracić nad sobą panowanie. Zasłonił uszy jednak śpiew syren dotarł już do jego podświadomości i nie słyszał już niczego innego. Upadł na kolana resztkami sił broniąc się przed atakiem.
- Doooość!!! - Zdążył tylko krzyknąć, a po chwili poczuł mocne uderzenie w głowę. Ogłuszony runął na deski pokładu.




(50)

- Kapitanie...? Kapitanie! Kapitaniee!!!
- Co jest...? Ała... Moja głowa... John zamknij się na miłość boską!
Kapitan trzasnął oficera, który szturchał go aby ten oprzytomniał.
- Bierze mi te łapy! - warknął dochodząc do już siebie.
- Żyje! - krzyknął któryś z pochylonych nad kapitanem marynarzy. Nataniel usiadł z wysiłkiem i ściągnął jednym ruchem bandanę, po czym przejechał ręką po włosach.
- Cholera... - syknął gdy natrafił z tyłu głowy na sporych rozmiarów guz. Obrzucił zabójczym wzrokiem załogę, a z jego oczu można było wyczytać "Jak dowiem się który to zrobił to osobiście przywiążę go do kotwicy i ześlę kanalię za dno morza!" Marynarze cofnęli się w obawie przed gniewem kapitana.
- Który-mnie-uderzył? - wycedził przez zęby zawiązując z powrotem bandanę. - KTÓRY?!
Przez dłuższą chwilę panowała cisza, nikt nie miał odwagi się odezwać.
- Pytam ostatni...
- To Marley! - Rozległ się głos, któregoś z marynarzy po czym cała załoga rozeszła się na boki pozostawiając Marleya na pastwę kapitana. Pazur podszedł do delikwenta, który drżał już cały ze strachu. Jego wzrok przykuła leżąca z tyły deska, która najwyraźniej była narzędziem zbrodni...




(51)

"Pewnie zaraz wyciągnie pistolet i wpakuje mi kulkę w łeb, albo policzy mi klingą żebra..." Marleyem targały najgorsze myśli. Jednak Nataniel wciąż miał ręce za plecami i nie wyglądało na to, żeby miał w planach sięgnięcie po broń.
- Jestem ci najwyraźniej winien podziękowanie - rzekł w końcu, a sądząc po tonie jego wypowiedzi i wyrazie twarzy, było to dość niechętne, a nawet i wymuszone. Załoga spojrzała w szoku na kapitana. - Teraz dopiero wyraźnie widać ilu mamy na pokładzie trzeźwo myślących marynarzy... - dodał kapitan po czym skierował się w stronę zejścia pod pokład. Załoga dalej stała w szoku patrząc raz to na ociekającego zimnym potem Marleya, a raz na oddalającego się już od nich kapitana.
- No, no... Nieugięty kapitan Nataniel Pazur potrafi podziękować?
Kapitan minął się z Anną, która jakby tylko czekała aby mu dopiec. Swawolnie oparta o ścianę patrzyła mu prosto w oczy.
- Najwyraźniej były jakieś powody.
- Tak, ty potrafisz podziękować tylko wtedy, gdy ktoś niechcący uratuje ci życie.
Nataniel zatrzymał się nagle.
- Na moim statku też znalazłaś się "NIECHCĄCY"? Nie musiałem cię wtedy ratować, dobrze o tym wiesz.
- Ani ja ciebie - odparła ironicznie kotka i obróciła się na pięcie.
Pazur stał jeszcze przez krótką chwilę patrząc jak dziewczyna odchodzi. Twarz miał obojętną, jednak w pewnym momencie spuścił wzrok jakby z wyrzutem sumienia.




(52)

- Zieeeeemia!!! Ziemia na horyzoncie!!!
Piraci słysząc wołania Tima porzucili swoje zajęcia i pobiegli na dziób statku.
- Przepuśćcie mnie! - warknął kapitan torując sobie drogę. Gdy dotarł do samej burty, wskoczył się na nią i chwycił się jednej z przymocowanych do niej lin. Drugą ręką wyciągnął lunetę i spojrzał przez nią na rysującą się gdzieś w oddali wyspę. Szybko dostrzegł też wysoką, spiczastą górę, którą Magma nazwała w swojej opowieści Księżycowym Szczytem. Nie było wątpliwości, że miała na myśli inny szczyt.
- Kamraci! - zawołał kapitan odsuwając od oka lunetę. - Przed nami WYSPA CZASU! Tam właśnie czeka na nas skarb, o którym nie śmieliście marzyć nawet w snach!
Po tych słowach na statku rozległy się okrzyki radości i wiwaty. Nataniel stał dalej na dziobie okrętu wpatrując się w zieloną wyspę przed nimi, a płaszcz powiewał mu na wietrze, niczym peleryna jeźdźca dosiadającego rączego rumaka. Po chwili wypatrywania wyspy, odwrócił się do swojej załogi, która świętowała osiągnięcie celu wyprawy. W radośnie rozkrzyczanym tłumie dostrzegł jednak osobę, która nie podzielała z nimi tej radości... Tak, to była Anna. Kapitan doszedł w końcu do wniosku, że dłużej już tak być nie może. Zeskoczył zwinnie z dziobu okrętu i pomaszerował w stronę dziewczyny.




(53)

- Ana...
Kotka odwróciła się do niego i zmierzyła go chłodnym wzrokiem.
- Słucham kapitanie? - odparła ironicznie.
Nataniel milczał przez chwilę, jakby zastanawiając się co ma powiedzieć.
- ... Nie, nieważne - rzucił krótko jakby z rezygnacją i już chciał odejść, gdy dziewczyna chwyciła go za rękaw.
- Nigdzie nie pójdziesz... Kocham cię i nie chcę, żeby takiego rodzaju kłótnie zepsuły to, co jest między nami, rozumiesz?
Kapitan przytaknął tylko ruchem głowy i przytulił ją do siebie, tak, że oboje nie myśleli już o głupiej sprzeczce.
- Przepraszam... - wycedził przez zęby Nataniel.
- Ja ciebie też. Jak policzek?
- Szczerze mówiąc, nie myślałem , że masz tyle siły.
Anna zaśmiała się na to, po czym oboje spojrzeli w stronę zbliżającej się już coraz bardziej wyspy.
- Dotarliśmy - szepnęła mu na ucho.
- Tak, skarb jest już nasz...

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ



© 2004-2017 Grey Cat, Zuczek and Teo phil. Site best viewed in 800x600 using Internet Explorer or Firefox.